More

    Zygmunt Sobolewski: Musimy rozwinąć grę i wpływy z imprez na Służewcu, a także przyciągnąć sponsorów do polskich wyścigów

    Według pogłosek, które krążą w środowisku wyścigowym w Polsce, minister rolnictwa Czesław Siekierski miał już podjąć decyzję o nominowaniu Pawła Gocłowskiego na stanowisko prezesa Polskiego Klubu Wyścigów Konnych. Jednak oficjalnie nikt tych informacji nie potwierdza i nie została jeszcze wydana decyzja kto zastąpi odwołanego Krzysztofa Kierzka. Jak ustaliliśmy, w ministerstwie rolnictwa wciąż są wątpliwości w kwestii obsady prezesa PKWK i trwają także rozmowy z innymi kandydatami. W środę 13 marca zaplanowane jest posiedzenie rady PKWK i jest prawdopodobne, że minister poprosi radę o opinię na temat innego kandydata, a może nawet dwóch-trzech. 26 lutego minister rolnictwa poprosił radę PKWK o opinię na temat kandydatury Gocłowskiego na stanowisko prezesa. Rada kandydaturę Gocłowskiego zaopiniowała negatywnie – przy pięciu głosach przeciw i dwóch za. Według aktualnych zapisów ustawy o wyścigach konnych, rada jest ciałem doradczym, wydaje opinię, ale ostateczna decyzja należy do ministra rolnictwa i nie została jeszcze ogłoszona. Sytuacja jest dynamiczna i jeśli już we wtorek 12 marca oficjalnie poznamy nazwisko prezesa PKWK (w tym terminie może być nim tylko Gocłowski, bo przepisy ustawy wymagają zaciągnięcia przez ministra opinii rady przed nominacją) to też nie będzie zdziwienia.

    Oprócz Gocłowskiego kandydatami na stanowisko prezesa PKWK są także Jarosław Zalewski, Zygmunt Sobolewski, Marek Przybyłowicz i Maciej Malinowski. W Traf News zamieszczamy wywiady z kandydatami na prezesa PKWK oraz ważnymi postaciami ze środowiska, które mają ciekawe pomysły na rozwój polskich wyścigów. Tym razem prezentujemy drugą część rozmowy z Zygmuntem Sobolewskim, od lat znanym i cenionym lekarzem weterynarii, który pracował w szpitalu koni na Służewcu (pełnił przez jakiś czas funkcję jego kierownika) i na Partynicach, prowadził też firmę Animal Trade, związaną z tą branżą. Od około 30 lat jest właścicielem i hodowcą koni. Najsłynniejsze z nich to derbistka z 2001 roku, zwyciężczyni Wielkiej Warszawskiej, Oaks i St. Leger – Kombinacja (sprzedana do Anglii za około milion złotych), czempion dwulatków, polskiej hodowli Delator, triumfator Wielkiej Warszawskiej i Koń Roku 2012 w Polsce Camerun, świetny stayer Temperament, czy zwycięzca Derby 2022 na Służewcu, drugi w Wielkiej Warszawskiej 2023 – Jolly Jumper.

    Robert Zieliński: Wracając do kwestii wysokości nagród w polskich wyścigach konnych. Teraz mamy na Służewcu około 8,2 mln złotych, a z premiami od sponsorów i PKWK jest to ponad 9 mln zł. Do jakie kwoty Pana zdaniem w ciągu najbliższego roku, dwóch ta pula nagród powinna wzrosnąć?

    Zygmunt Sobolewski: Ja inaczej Panu powiem. Jeżeli Totalizator Sportowy może wydać 4 miliony złotych w 4 dni na nagrody i organizację Warsaw Jumping na Służewcu, to my mamy 46 dni wyścigowych na Służewcu i dostajemy 8 milionów. Nie uważa Pan, że to nie jest w porządku?

    Podczas międzynarodowych zawodów jeździeckich Warsaw Jumping na Służewcu rozgrywany jest finał Europejskiego Pucharu Narodów

    Znam te zarzuty środowiska wyścigowego, ale chociaż od 30 lat jestem właścicielem i hodowcą koni i też bardzo mi zależy na wzroście nagród w polskich wyścigach, to nie podzielam tego toku myślenia. Po pierwsze, co do puli nagród, to taka jest umowa TS z PKWK i należy ją zmienić i negocjować dla siebie nowe warunki, a nie wskazywać – przynajmniej moim zdaniem – gdzie i ile przeznacza TS na inne dyscypliny, czy to na jeździectwo, kajakarstwo, czy siatkówkę, bo to są pieniądze TS i sprawa jego zarządu. Nie uważam, że jesteśmy jako środowisko kompetentni i że jest to słuszna droga, by próbować te pieniądze pozyskiwać kosztem innych dyscyplin, tylko powinniśmy trzymać się swoich umów. Po drugie – nie znam dokładnie wpływów i kosztów Warsaw Jumping, ale ta impreza to nie tylko koszty organizacyjne, ale też poważne wpływy od sponsorów, w tym tego głównego – firmy Longines, więc bilans jest zapewne inny. Kolejna sprawa – w ostatnich latach Totalizator Sportowy dokłada do Służewca na nagrody, czynsz, wynagrodzenia, organizację mityngów, sprzęt, remonty, około 30 mln zł rocznie. Jak policzyłem, od 2007 do 2024 roku TS wpompował w Służewiec około 500 milionów złotych, czyli około pół miliarda, a uwzględniając koszt remontu obu trybun i budynku biura, to nawet więcej. Z tego co wiem, niewiele jest dyscyplin sportu w Polsce, które dostały od Totalizatora w tym czasie tak duże wsparcie, a może nawet żadna.

    A ile wydali właściciele koni, liczył Pan?

    Też ogromne kwoty. Ja, podobnie jak Pan, jestem jednym z właścicieli i hodowców, wszyscy właściciele w Polsce przez lata wydali duże sumy na wyhodowanie i trening koni.

    Przy okazji, Panie Robercie, Pan chyba nie pamięta, ale byliśmy kiedyś wspólnikami jako właściciele koni…

    Rzeczywiście, zapomniałem. Czy to było w dużym syndykacie, do którego należały Upominek i Unisono?

    Nie, znacznie wcześniej. Decuria, pamięta Pan taką klacz?

    Oczywiście, pierwszy mój koń, później wziąłem ją do hodowli, miałem od niej kilka źrebaków, ale rzeczywiście na początku mieliśmy ją razem. To były same początki prywatyzacji na wyścigach, bodaj 1994 rok. Znana dziennikarka sportowa i znawczyni światowych wyścigów Małgorzata Caprari, która uzyskała licencję trenerską, była na początku trenerką Decurii, którą kupiliśmy z Krasnego, a także trenowała Mozyra, którego wygrała w Lidze Typerów.

    Tak, byliśmy pionierami jako właściciele koni po transformacji. Moja pasja zawodowa, weterynaria, przerodziła się w pasję właścicielską.

    Wracając jednak do meritum, wszyscy jako właściciele koni wykładamy duże kwoty co roku na ich utrzymanie. Ale ten Totalizator Sportowy też dużo włożył, bo przez kilkanaście lat około pół miliarda złotych. Musimy walczyć jako właściciele o podniesienie puli nagród i TS też ma tego świadomość i chce to zrobić, bo przygotował w aneksie do umowy (który jeszcze nie wszedł w życie) podwyżkę o 2 mln zł rocznie plus indeksacja, a może przy nowym rozdaniu uda się wynegocjować więcej, a wiem, że dyrektor Toru Służewiec Dominik Nowacki starał się o znacznie większą podwyżkę nagród już w ubiegłym roku. Natomiast – mając wiele zastrzeżeń do sposobu wystąpienia Jerzego Sawki w Senacie – zgadzam się z nim i od lat to głoszę, że trzeba do tego wszystkiego podejść rozsądnie i wyścigi nie mogą być tylko finansowane z pieniędzy skarbu państwa, bo to wielu podatnikom w Polsce się nie spodoba. Nie może być tak, że choć TS dokłada do polskich wyścigów około 30 mln zł rocznie, to my tylko żądamy więcej i więcej. Wszyscy – TS, PKWK, ministerstwa, właściciele powinni skupić się na pomysłach, rozwiązaniach, jak znaleźć, wypracować środki na finansowanie tych wyścigów nie tylko poprzez wyciąganie coraz większych sum z budżetu państwowej spółki.

    Ja nie umniejszam roli Totalizatora Sportowego i ich zaangażowania finansowego w polskie wyścigi. Ale przepraszam bardzo, bądźmy tutaj precyzyjni. Jeżeli Totalizator może zorganizować czterodniową imprezę na Służewcu za 4 mln zł, jak Warsaw Jumping, to chyba można adekwatne kwoty przeznaczyć też na nagrody wyścigowe. Bo przecież przy tym Warsaw Jumping TS też ponosi koszty.

    Ale tak jak wspominałem, ma też z tych zawodów przychody od sponsorów, w tym od firmy Longines.

    No dobrze, ale dlaczego Longines nie sponsoruje w Polsce wyścigów?

    Mówił o tym dyrektor Dominik Nowacki na Służewcu podczas gali zakończenia sezonu wyścigowego. Dyrektor Nowacki proponował im współpracę w kwestii wyścigów na Służewcu, ale nie są zainteresowani. Polskie wyścigi to na razie jeszcze nie jest dla nich marka przy której chcą się reklamować. Być może status Listed dla Wielkiej Warszawskiej i inne działania, wkrótce zmienią to podejście.

    A właśnie, to dochodzimy teraz do sedna. Intencje dyrektora Nowackiego są na pewno szczytne. Natomiast sponsor musi być przekonany, że te swoje pieniądze na reklamę, promocję, wydaje dobrze.

    Podium zwycięzców po triumfie Jolly Jumpera w Derby 2022. Zygmunt Sobolewski w brązowej marynarce.

    Niestety, ze sponsorami, reklamodawcami, o czym wielokrotnie w różnych gronach rozmawialiśmy, jest przy okazji wyścigów konnych pewien poważny problem i blokada. Wyścigi konne są i w Polsce i na świecie kojarzone z hazardem i wiele firm po prostu nie chce się przy nich reklamować i być kojarzonymi z grą w zakładach totalizatora. Np. gdy firma PZU była przed kilku laty sponsorem Wielkiej Warszawskiej, to były duże problemy z tym związane, obostrzenia, by logo firmy nie znajdowało się w pobliżu kas do gry, itp.

    Ale o jakim my mówimy hazardzie?

    Jasne, że Pan, czy ja, czy dużo ludzi w środowisku, a także część sponsorów, reklamodawców, nie postrzega wyścigów konnych tylko jako hazardu i dla tej grupy nie jest problem być kojarzonym z wyścigami. Ale część właścicieli firm, dyrektorów marketingu, czy sprzedaży różnych marek, wiąże te wyścigi z hazardem i nie chce reklamować swojej firmy na Służewcu. I to jest pewna bariera w rozmowach. Nie zmusi Pan prezesa firmy X, czy Y, żeby się reklamował przy wyścigach.

    To jest kwestia zaszufladkowania wyścigów. Ja też nikogo nie zmuszam do reklamowania się przy wyścigach, ale ja widzę, że firmy chcą to robić. Np firmy samochodowe chętnie pokazują się i w Polsce i na świecie na torach wyścigowych. Podobnie linie lotnicze, choćby Emirates Airlines.

    W kwestii firmy Emirates i wyścigów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i w ogóle w państwach Zatoki Perskiej, jest jeszcze inny aspekt. Tam firmy nie mają tego problemu, bo religia zabrania hazardu i na torach wyścigowych w tych krajach w ogóle nie ma gry, nie są przyjmowane zakłady.

    No to tym bardziej mogą w Polsce zainwestować.

    Czyli w tej kwestii podchodzi Pan optymistycznie do tematu, widzi Pan szansę na ściągnięcie do reklamowania się przy polskich wyścigach dużej grupy sponsorów, widzi Pan spore rezerwy w tym zakresie?

    Ja przecież rozmawiam z ludźmi, którzy zajmują wysokie stanowiska w różnych firmach i są zdziwieni, że nikt się do nich nie zwrócił z propozycjami. Bo to nie powinno być na takiej zasadzie, że ja na Służewcu czekam, że prezes linii lotniczych przyjdzie do mnie i złoży mi ofertę, że on chce sponsorować. Trzeba wyjść do takich firm z propozycjami.

    Czyli szersze wyjście z ofertami do sponsorów jako jeden ze sposobów na poprawę sytuacji polskich wyścigów?

    A dlaczego firma Westminster jest sponsorem Służewca od bodaj czterech lat?

    Trudno mi odpowiadać na to pytanie. To raczej pytanie do właściciela firmy Westminster, ale zakładam, że widzi w tym sens marketingowy i interes.

    To jest międzynarodowa firma, korporacja działająca w wielu krajach i ona jest głównym sponsorem na Służewcu od kilku lat. Więc według tej nomenklatury, o której Pan mówił, niby sponsoruje działalność związaną z hazardem. Podobnie reklamuje się przy wyścigach w wielu krajach mnóstwo poważnych światowych firm. Przecież właściciele tych firm są profesjonalistami i wiedzą co robią. I jeśli zajmujemy się wyścigami w Polsce, to musimy zrobić wszystko, aby właścicieli tych firm ściągnąć do siebie. Gdy się jest prezesem, to w firmie zajmującej się wyścigami, muszę marketing, promocję, sprzedaż usług, ustawiać pod tym kątem. Jeżeli ja z kolei jako właściciel jakiejś firmy chcę sprzedawać swoje towary, swój know how, i mam możliwość reklamowania się, to ja sponsoruję np. wyścigi, ale moje zyski z tego powinny być wyższe niż koszty sponsoringu. I myślę, że tak postępuje prezes Ziburske, bo przecież Westminster nie jest firmą charytatywną, żeby wyrzucała corocznie ileś tam milionów złotych i nic z tego nie miała. Kolejna sprawa. Proszę mi powiedzieć, dlaczego państwo wycofało się ze sponsorowania wyścigów?

    Państwo?

    Państwo.

    Czyli?

    Prezydent, premier.

    Rozumiem. To jednak bardziej kwestia honorowych patronatów niż sponsorowania wyścigów.

    To też jest sponsorowanie. Przecież jak w 2001 roku moja klacz – Kombinacja, którą miałem wspólnie z trenerem Bolesławem Mazurkiem, wygrała Derby, to puchar wręczał nam generał Marek Dukaczewski, który był szefem kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Derby to była wtedy gonitwa prezydenta Rzeczypospolitej. Była też Nagroda Prezesa Rady Ministrów, której patronował premier, teraz tego nie ma. Mamy Nagrodę Prezesa Totalizatora Sportowego. Wielka Warszawska była z kolei wyścigiem prezydenta Warszawy.

    Czyli w Pana programie są też plany rozmów w kwestii powrotu najważniejszych osób w Polsce do patronowania wielkim gonitwom na Służewcu, jak się domyślam także po to, by podnieść ich prestiż?

    Panie Robercie, przecież my się cofamy. Jeżeli są Westminster Derby, a nie gonitwa prezydenta. Gdzie tak jest na świecie?

    Tu się z Panem nie zgodzę. Prawie wszędzie na świecie tak jest. Najbardziej prestiżowe Derby świata, angielskie w Epsom, od lat mają w nazwie firmy sponsorskie: Ever Ready Derby, Vodafone Derby, Investec Derby, czy Cazoo Derby, tak się przez lata nazywała ta słynna gonitwa. Podczas wielkiego mityngu na Longchamp prawie wszystkie wyścigi, łącznie z Nagrodą Łuku Triumfalnego, mają w nazwie Qatar, czyli sponsora tych gonitw. Tak samo firma Longines pojawia się w nazwach wielkich światowych wyścigów i wiele innych firm.

    Są sponsorowane przez jakąś firmę, ale Derby, to jest Derby, od nazwiska lorda Derby.

    Galileo wygrywa Vodafone Derby na torze w Epsom w Anglii

    Ale od kilkudziesięciu lat wszystkie gonitwy Derby w Anglii mają w nazwie nazwę sponsora…

    No dobrze, nazwa, ale generalnie wiemy o co chodzi. Dlaczego w Polsce Derby nie miałby być pod patronatem prezydenta RP?

    Oczywiście, że mogą, czy nawet powinny być. Ale nie widzę problemu w połączeniu tego, by nazywały się Westminster Derby, czy Lotto Derby, a jednocześnie były wyścigiem pod patronatem prezydenta RP. Mogłaby by też być np. Emirates Wielka Warszawska, w której mamy honorowy patronat prezydenta naszej stolicy.

    Tymczasem jest tak, że w pewnym momencie prezydent się wycofuje, premier się wycofuje. To wie Pan, dla sponsorów to jest taki sygnał: zaraz, o co chodzi? Przecież wielkie gonitwy w Polsce pod patronatem prezydenta, czy premiera, były nie tylko w przeszłości na Służewcu, ale podobnie było też w przedwojennej Polsce. A dlaczego przez wiele lat wyścigi w Polsce były w środę?

    Poza tym, że było wtedy dużo koni, dużo gonitw i duże zainteresowanie, więc potrzebny był trzeci dzień wyścigowy w tygodniu, to nie przychodzi mi do głowy dodatkowy powód…

    Bo parlament nie obradował w środy. I wtedy ważne osobistości mogły przyjść na wyścigi.

    Jakie jest Pana stanowisko w kwestii tego, czy zamykać niektóre gonitwy, aby były tylko dla koni polskiej hodowli, czy wszystkie powinny być otwarte?

    Raczej mieszane. No bo jeśli zamkniemy gonitwy, no to świat do nas nie przyjedzie. Jednak gonitwy dla koni polskiej hodowli też powinny być. Chciałem kiedyś pojechać do Austrii, miałem dobrego dwulatka, wybrałem dla niego wyścig, ale przeczytałem, że mogą w nim startować tylko konie trenowane w Austrii. Jeśli nie będzie gonitw tylko dla koni polskiej hodowli, to nasza hodowla upadnie.

    Jak Pan widzi kwestię premii dla hodowców krajowych koni, a także premii dla właścicieli koni polskiej hodowli. Chyba dobrym wzorem jest tu Francja, gdzie właściciele koni wyhodowanych w tym kraju, w każdym wyścigu dostają znaczące premie: dodatkowo 80 procent nagrody w przypadku dwulatków i trzylatków, 55 procent dla czterolatków i pięciolatków, 45 procent dla sześcioletnich i starszych koni.

    Ale na nie stać jest na to.

    Czyli nie widzi Pan tego, żeby w Polsce właściciele krajowych koni mieli podobne premie?

    Widzę, ale ja przecież tych pieniędzy nie wyłożę. Czyli państwo musi podjąć decyzję, albo polski Jockey Club w porozumieniu z Totalizatorem Sportowym, czy wdrażamy taki plan i mamy na to pieniądze.

    Ale chyba wszyscy powinniśmy przede wszystkim do tego dążyć, bo nie da się mieć rozbudowanego planu wyścigów bez dużej grupy koni wyhodowanych w kraju.

    Oczywiście. Jeśli tego nie zrobimy, to położymy hodowlę. Położymy zainteresowanie prywatnych osób, w tym nowych potencjalnych hodowców i właścicieli, którzy mogliby mieć konie. Państwo macie takie różne ciekawe opowieści w swoich programach Służewiec iTV o koniach, hodowcach, trenerach, to jest bardzo dobra promocja wyścigów, żeby zachęcać nowych ludzi, ściągać właścicieli na Służewiec. Dobrze, że mówi się o syndykatach, o różnych możliwościach uczestniczenia w wyścigach. No, ale wie Pan…

    Rozumiem, że ma Pan na myśli to, że muszą być odpowiednio wysokie nagrody, żeby oni chcieli w te wyścigi zainwestować…

    Oczywiście.

    Świat, chociażby Francuzi, już to wymyślił, jak powinno to prawidłowo funkcjonować. Czyli teraz jest Pana zdaniem kwestia przekonania ministrów, Totalizator Sportowy, żeby się znalazły pieniądze na premie dla właścicieli polskich koni, które mogą też jednocześnie napędzić hodowlę i sprzedaż krajowych roczniaków?

    Źródłem tego wszystkiego powinno być pomyślenie sobie o tym, że państwo przejęło po wojnie prywatną własność, czyli tor na Służewcu. Dekretem Bieruta został przejęty prywatny majątek, prawda? Państwo zaopiekowało się tym torem i do czasów transformacji to państwo wypełniało ten obowiązek. Socjalistyczne władze utrzymywały hodowlę i wyścigi w Polsce na niezłym poziomie. Były państwowe stadniny, państwowy tor i to funkcjonowało. Natomiast po transformacji zostały rozwalone spółdzielnie, czy Państwowe Gospodarstwa Rolne, olbrzymi skoncentrowany kapitał, w sensie ziemi. Do tej pory we Francji spółdzielnie produkcyjne istnieją, a u nas to zostało rozwalone i trochę podobnie stało się z wyścigami.

    Zygmunt Sobolewski (z prawej z pucharem) po zwycięstwie ogiera Informatyk. Fot. Katarzyna Karkowska/Folbluty.pl

    Czyli podsumowując – rozumiem, że gdyby został Pan prezesem Polskiego Klubu Wyścigów Konnych, to przede wszystkim zaangażowałby się Pan w to, by totalizator na siebie zarabiał poprzez zakłady, a także Tor Służewiec poprzez eventy, ale też starałby się Pan o to, by minister rolnictwa, TS, pomogli w tym napędzeniu polskiej hodowli poprzez premie dla właścicieli?

    Jeżeli byłbym już takim, powiedzmy mocnym kandydatem na prezesa PKWK, to musiałoby dojść do takiego spotkania przedstawicieli władz Totalizatora Sportowego, właściciela Służewca, jakim jest ministerstwo rolnictwa, z przyszłym prezesem Jockey Clubu i dyrektorem Toru Służewiec, aby zostały wyłożone karty na stół i abyśmy powiedzieli sobie, co chcemy zrealizować.

    I jakie mamy narzędzia do tego…

    Jak nie dostaniemy narzędzi, to można mieć najlepsze zamiary i projekty, a niewiele się zrobi.

    Jakie Pana zdaniem jeszcze działania trzeba wykonać, aby przyciągnąć do polskich wyścigów grupę nowych właścicieli?

    W dużej mierze już o tym mówiliśmy. Właścicieli, czy nowych, czy dotychczasowych, mogą przyciągnąć przede wszystkim nagrody. I podkreślam tu jeszcze raz kwestię pozyskiwania sponsorów dla wyścigów. Np. prezes Toyoty, Pan Chodzeń, chce zorganizować pokaz nowej toyoty wodorowej. I robi to na wyścigach, płaci jakieś pieniądze, w zamian ma do dyspozycji całą piękną aleję na Torze Służewiec, można tam mnóstwo samochodów wstawić, dużo ludzi może przyjść.

    Ale rozumiem, że widziałby Pan przeznaczenie, w ten sposób pozyskanych środków, na dodatkowe nagrody w wyścigach?

    Oczywiście.

    Czyli nie jako wpływ do budżetu organizatora? No bo Totalizator Sportowy wykłada rocznie około 40 milionów złotych na Służewiec, więc aby te straty zmniejszyć, czy wyjść w przyszłości na swoje, ktokolwiek byłby organizatorem gonitw, właścicielem terenu, musi też mieć przychody, czy to z zakładów, czy z eventów. Jeśli te środki pójdą na dodatkowe nagrody, to zawsze straty organizatora będą ogromne, nigdy nie wyjdzie nawet na zero. To trochę kwadratura koła.

    Jeśli będziemy, jak to się mówi „dziadować” i pieniędzy nie przeznaczać na inwestycje, tylko konsumować, no to nic z tego nie będzie. Jeśli zyski, które ma Totalizator, nie zostają na torze, tylko wracają do budżetu, to nie rozwiniemy tego.

    Tylko to nie są zyski, ale przychód, czyli zmniejszanie strat, po poniesieniu kosztów.

    Ja uważam, że mówimy o zyskach. Jeśli rozwiniemy wszystkie elementy funkcjonowania toru, to można do tego doprowadzić. Jeśli np taki prezes Toyoty organizuje pokaz, to jednocześnie rozmawia z nami o tym, czy jest zainteresowany, by być właścicielem koni wyścigowych.

    Nagrody to jedno, załóżmy, że zwiększymy pulę na Służewcu nawet dwukrotnie – z tych około 9 milionów złotych z premiami, które są obecnie, do 18 milionów złotych. Czy to Pana zdaniem wystarczy, żeby do polskich wyścigów przyszła odpowiednio duża grupa nowych właścicieli?

    Uważam, że nawet bez zwiększenia puli da się pozyskać nowych właścicieli. Bo właścicielami koni mogą się też stać ludzie, którzy mają inne motywacje niż pieniądze, np. pasję, czy podobają im się konie, albo tor na Służewcu.

    Wzrost nagród jest bardzo potrzebny, ale o to mi właśnie chodzi w pytaniu, czy nie powinny być oprócz tego też podjęte inne liczne działania, aby takich ludzi przyciągnąć do polskich wyścigów, zachęcić do posiadania koni?

    Są wymyślone takie działania, które są bardzo skuteczne, ale tego się nie robi.

    Czyli na przykład jakie?

    Trzeba zaprosić tych ludzi na Służewiec, pokazać stajnie, jak konie pracują na treningach.

    Były wykonywane działania przez dyrektora Toru Służewiec, by tych ludzi do polskich wyścigów ściągnąć. Przedstawiciele biznesu, elit finansowych, byli zapraszani na wielkie dni wyścigowe, typu Derby, czy Wielka Warszawska, także po to, by spróbować zainteresować ich wyścigami konnymi, skłonić do ewentualnego zainwestowania w konie.

    Ale to jest tylko przy okazji dużych imprez. Taka osoba musi też wyrazić chęć bezpośredniego uczestniczenia w świecie wyścigów, zainteresowania się tym od środka. To jest tak, że przez ludzi do ludzi się trafia. Jeśli ja mam konie wyścigowe, to moi znajomi są zaciekawieni, pytają o nie. Są osoby, które deklarują, że chętnie byliby właścicielami koni wyścigowych, ale nie jest to finalizowane z różnych powodów. Np. nie mamy loży trenersko-właścicielskiej, a zapraszani są ludzie biznesu, którzy są izolowani od naszego środowiska. Drugie piętro trybuny honorowej jest specjalnie dla VIP-ów. Właściciele tam nie mają wstępu, trenerzy nie mają wstępu, nie możemy się komunikować.

    Czyli brakuje tego kontaktu, by z tymi ludźmi porozmawiać, zachęcić ich do wyścigów, przekonać do posiadania koni?

    Przy kieliszku wina, cateringu, moglibyśmy sobie swobodnie porozmawiać, zainteresować ich naszą pasją.

    Wielkiej Warszawskiej 2023 towarzyszyły m.in. występy tancerzy

    Może niezależnie od dni wyścigowych, bo wtedy dużo się dzieje i brakuje czasu, warto zorganizować w innym terminie takie spotkanie przedstawicieli Totalizatora, właścicieli koni, trenerów, z wybraną i zaproszoną grupą ludzi biznesu, którzy mogą być potencjalnymi nowymi właścicielami koni. Porozmawiać z nimi, opowiedzieć o przywilejach i obowiązkach bycia właścicielem, pokazać stajnie wyścigowe. Może kilka takich spotkań byłoby dobrym pomysłem?

    Nawet nie trzeba takich spotkań robić, tylko otworzyć te trybuny. Przecież ilu moich znajomych hodowców, właścicieli koni, nie ma wstępu na wyścigi konne na główną trybunę, ponieważ to jest zamknięta impreza. Owszem, mamy ograniczoną ilość miejsca, czyli możemy powiedzmy przyjąć tysiąc osób, a nie dwa tysiące, ale dla środowiska właścicieli te miejsca powinny się znaleźć. Niech mi Pan pokaże tor we Francji, czy w Anglii, gdzie właściciel ma ograniczoną możliwość poruszania się po obiekcie.

    Z tymi uwagami się zgadzam. Mamy z dyrektorem Nowackim wiele podobnych poglądów w kwestii strategii, rozwoju i przyszłości polskich wyścigów, ale akurat w tej sprawie dostępu właścicieli do trybuny honorowej różnimy się, o czym dyrektor wie, więc – mówiąc żartobliwie -chyba mocno nie oberwę po uszach za tę deklarację, bo Dominik Nowacki jest osobą bardzo tolerancyjną i liberalną. Warto chyba, aby reprezentacja właścicieli spotkała się z władzami toru w tej sprawie i aby spróbowano znaleźć jakieś satysfakcjonujące dla wszystkich rozwiązanie…

    Mam kolegów, którzy są prezesami dużych firm i z chęcią byliby właścicielami koni, nawet takimi symbolicznymi, jako współwłaściciele, ale od takich spraw się zaczyna. A tak na marginesie – to oni liczą grosze i dlatego są milionerami. A my mówimy ciągle o złotówkach, nie groszach. A ci co mówią o złotówkach, czy tysiącach, to nigdy nie dorabiają się takich dużych sum, nie zostają milionerami. Trzeba liczyć grosze. Ale do czego w tym wywodzie zmierzam – przyprowadzam swojego znajomego, jakiegoś biznesmena na wyścigi i on nie zostaje wszędzie wpuszczony. Właściciel z kolei, jak nie ma wykupionej wjazdówki, to nie wjedzie na teren, musi zostawić samochód na zewnątrz. To ja muszę wziąć takiego pana prezesa i przejść się z nim kawałek pieszo, by dojść np. do stajni, gdzie chcę mu pokazać swoje konie. Poza tym to, co on zobaczy w takiej stajni, w jakim one są stanie, to już go odstrasza.

    Dlatego modernizacja tego obiektu jest bardzo ważna, skuteczne wdrożenie w końcu tego planu, który od lat ma Totalizator Sportowy. Zostały wyremontowane trybuny, czas na stajnie, w których na szczęście już wymieniane są dachy.

    Dyrektor Nowacki podjął też nową inwestycję i wymienił nam wreszcie na nową tę budkę na torze roboczym. Teraz mogę tam w dobrych warunkach zaprosić kolegów, ewentualnych przyszłych właścicieli, pokazać jak mój koń trenuje. Przydałoby się jeszcze żeby tam był ekspres do kawy, czajnik na herbatę, może jakiś tam cukier, ciasteczka.

    Ciasteczka i cukier to chyba już najmniejszy problem i nie na sensu dyskutowanie na poziomie takich drobiazgów.

    No, ale nie ma tego. Jak ja kogoś zapraszam, chcę go zachęcić do wyścigów, to w końcu lądujemy u Pani Siwoniowej w Podkowie, wypijemy kawę, zjemy jakiś lunch, ale w stajniach na Służewcu nie ma odpowiednich warunków, żeby się spotkać. Nawet toalet nie ma, przecież można toi toi postawić przy każdej stajni.

    Jedno z ostatnich ważnych pytań – o walkę z dopingowaniem koni. Jesteśmy jednym z nielicznych, a może jedynym z większych krajów organizujących wyścigi, w którym nie są pobierane próbki od koni w treningu, jedynie po gonitwach. Na całym świecie i w wyścigach konnych i w innych dyscyplinach sportu, jest to podstawa, która odstrasza dopingowiczów i blokuje możliwość podawania niedozwolonych środków w okresie zimowym, czy w przerwach między startami. W Polsce można w zasadzie bezkarnie wtedy dopingować konie i wiele osób wyraża zaniepokojenie, że tak się dzieje. Jeden z największych właścicieli koni w Polsce mówił mi niedawno, że z tego powodu rozważa przeniesienie swoich koni za granicę, bo nie chce rywalizować z nieuczciwymi konkurentami. Zostały opracowane nowe przepisy, w których jest zapis o pobieraniu próbek od koni w treningach, czekają na zmianę ustawy w Sejmie. Rozumiem, że Pan jako właściciel koni, czy zwłaszcza gdyby został Pan prezesem PKWK, poparłby ten projekt i postarał się, aby jak najszybciej te przepisy zostały wprowadzone w życie?

    Znowu się cofnęliśmy, znowu jesteśmy z tyłu. Gdy pracowałem w szpitalu koni na Służewcu, to mieliśmy taki program monitoringu w kwestiach dopingu. Pobieraliśmy próbki od koni w treningu w stajniach prywatnych hodowców. Bo w stajniach państwowych nie, bo wierzyliśmy, że tam nie ma patologii. Pobieraliśmy też próbki poza sezonem. Był problem, gdzie mamy te próbki wysłać.

    W jakich latach to było?

    Ja w 1977 roku przyszedłem do pracy w szpitalu na torze wyścigowym i pracowałem około dziesięciu lat.

    Ale przecież w tamtych latach prywatnych koni to praktycznie nie było…

    Były.

    To jakieś pojedyncze chyba tylko, ale to już historia, nie ma co do tego w szczegółach wracać. Rozumiem, że teraz popiera Pan, aby jak najszybciej zmienić przepisy i wprowadzić pobieranie prób antydopingowych od koni w treningu?

    Na miejscu Pana dyrektora Sawki z Wrocławia, poszedłbym do Sejmu i bym lobbował za tym, żeby właśnie te nowe przepisy do ustawy przyjąć, a nie chodzić do Senatu i opowiadać rzeczy, które w sumie uderzają i w organizatora i w gospodarza wyścigów.

    Też mam wrażenie, że Pan Sawka, nawet jeśli – bo tak zakładam – miał dobre intencje i rozsądny program, to taktycznie źle rozegrał sprawę i dobrał niewłaściwe słowa podczas swojego wystąpienia, którymi mógł zaszkodzić polskim wyścigom.

    Nie wiem czy źle taktycznie rozegrał. Ja myślę, że tam była jakaś inicjatywa, ktoś go zaprosił. Jest dużo spraw do załatwienia. Przecież wyścigi żyją z tego, że są właściciele, którzy utrzymują konie. Jeżeli ja dzierżawię, wyhoduję, czy kupię konia, to na jego utrzymanie płacę ratę jak na mercedesa C klasy. Czyli ja co miesiąc mógłbym za to jeździć leasingowanym mercedesem C klasy, bo wysokość raty i wysokość opłaty za trening, jest podobna. Teraz zapytam Pana o taką rzecz. Dlaczego nie ma policji antydopingowej?

    Niestety, nie mamy odpowiednich przepisów, nie stworzyliśmy takich struktur.

    Jesteśmy w Unii Europejskiej od kilkunastu lat. Jeżeli chodzi o wyścigi, jesteśmy poza Unią, jesteśmy na prowincji. Przecież trzeba przepisy dostosować do Europy. Nie mamy handicapu międzynarodowego. Mamy Wielką Warszawską z rangą Listed, wspaniała rzecz, rewelacja. Ale jak do tej Wielkiej Warszawskiej porównywać, czy klasyfikować konie, czy postawić warunki, jeżeli konie przyjeżdżające z Anglii, czy Francji, mają inny handicap niż my?

    Ale Francuzi i Anglicy też mają w swoich krajach handicapy według różnej skali.

    No dobrze, nie róbmy rewolucji, ale czy nasze przepisy np. odnośnie używania bata, czy wielu innych rzeczy, są kompatybilne do przepisów Unii Europejskiej?

    Te przepisy odnośnie bata też są różne w różnych krajach, każdy kraj może wyznaczyć swoje zasady w tej kwestii, poszczególne jockey cluby decydują.

    Panie Robercie, dyrektywy w Unii Europejskiej – mówię już nie o wyścigach – obowiązują w całej Unii, ale nie wszystkie kraje wdrożyły je w tym samym czasie.

    Jakie jest więc Pana podejście do wspomnianej kwestii używania bata w wyścigach? Ja od 30 lat lansuję ideę wyścigów z zakazem używania bata do uderzania koni na finiszu, posiadaniem go w gonitwie tylko dla bezpieczeństwa. Na początku patrzono na mnie trochę jak na dziwaka, ale od kilku lat jest to światowy trend. Coraz więcej krajów ustanawia przepisy o zakazie pobudzania koni batem w wyścigu, albo ograniczenia liczby uderzeń.

    Najchętniej ustaliłbym, że w gonitwach dla dwulatków nie można używać bata.

    Ale rozumiem, że zachowując możliwość jazdy z batem, dla kwestii bezpieczeństwa jeźdźca w wyścigu, ale bez zgody na uderzanie, by zdopingować konia do walki na prostej finiszowej?

    Tak.

    A w wyścigach dla starszych koni, jak widzi Pan kwestię używania bata?

    Jest to narzędzie. Są konie, które reagują od bata, inne nie.

    Ale ograniczyłby Pan liczbę uderzeń, jak to się dzieje w wielu krajach?

    Człowiek jest taki, że jak mu się nie postawi pewnych ograniczeń, to się czuje bezkarny. Po to są przepisy na drodze żebyśmy my je respektowali i by był porządek.

    Jolly Jumper wygrywa Derby 2022 na Służewcu

    Są kraje, które zakazały uderzeń batem na finiszu, inne ograniczyły to do trzech albo sześciu uderzeń, a Pan jak widziałby to w Polsce?

    Przy naszym poziomie jeźdźców, to bym zminimalizował użycie bata. Dlaczego? Jeżeli są jeźdźcy światowej klasy, to oni mają świadomość i respekt do przepisów. Gdy dosiadają koni, których właścicielem jest powiedzmy królowa, czy jakiś szejk, to biorą odpowiedzialność za takiego konia. Jeżeli taki dżokej będzie nadmiernie używał bata, spowoduje, że koń straci serce – a często dodatkowo koń jest też pupilkiem, jest wartością – to wyrządza mu dużą krzywdę. Jeżeli Pan jeździ samochodem po Europie, to Pan wie, że gdy wyjedzie Pan poza granice Polski, do Niemczech, czy Austrii, to może Pan pojechać i 300 km/h. Ale niech Pan tylko przejedzie kawałek, to włącza się syrena, pojawia się samochód policji i tacy delikwenci są eliminowani. Można jechać 250 km/h i nie ponosić konsekwencji, ale do momentu, kiedy się nie spowoduje wypadku.

    Czyli domyślam się, że w tym porównaniu dąży Pan do wniosku, że ci nasi jeźdźcy jeszcze nie do końca są w stanie wziąć odpowiedzialność za konie?

    A jakich my mamy jeźdźców?

    Czyli konkludując, ograniczenie do trzech uderzeń batem na prostej, to byłoby jakieś rozwiązanie Pana zdaniem?

    Zdecydowanie. Dla dwulatków byłbym nawet za tym, by jeździć bez używania bata. Kiedyś dwulatek, klasowy dwulatek, ten który wykazywał potencjał bycia koniem klasy Derby, czy klacz na Oaks, to trener biegał takim koniem dwa razy, powiedzmy trzy razy maksymalnie. Oszczędzał dwulatki, a dopiero jako trzylatki biegały więcej. I ta oszczędność, pozwolenie, by koń rozwinął się z dwulatka na trzylatka, były rozsądne i na to ma też wpływ użycie bata. Jeżeli młody koń z niedojrzałą psychiką dostanie bata, to może zahamować jego rozwój. Trenerzy, jeźdźcy, kochają konie, dbają o te konie, ale przychodzi taki moment, że liczy się to zwycięstwo i wtedy nie o wszystkim się pamięta.

    Wspominał Pan przed wywiadem swojego gwiazdora z ostatnich sezonów, Jolly Jumpera, derbistę z 2022 roku, drugiego konia w Wielkiej Warszawskiej LR 2023, w której zyskał status black type. To na koniec rozmowy w tej sytuacji taki sportowy wątek. Mówił Pan, że Jolly Jumper obecnie świetnie wygląda i że są plany wstępnych zapisów do dwóch poważnych wyścigów – na początku czerwca do Wielkiej Nagrody Słowacji i później do startu w Wielkiej Berlińskiej G1…

    Tak jest, potwierdzam.

    Rozmawiał Robert Zieliński

    Udostępnij

    Powiązane artykuły

    Zbliżające się wydarzenia

    Najnowsze artykuły