More

    Wiktoria Żaczek: Wciąż są momenty, w których chciałabym wrócić do domu

    Jest jedną z najmłodszych trenerek koni wyścigowych w Polsce. Jest tak wrażliwa, że często płacze. Zarabia na robieniu tatuaży. Kocha konie, a jej największą miłością jest Night Tornado. Walczy z cukrzycą. – Choroba sprowadziła mnie na ziemię – mówi Wiktoria Żaczek.

    Maciej Rowiński: Czy od najmłodszych lat Twoim celem było zostanie trenerem?

    Wiktoria Żaczek: Nie, absolutnie. Nigdy nie spodziewałabym się, że w ogóle znajdę na wyścigach. Gdybym 15 lat temu zadała sobie pytanie, gdzie będę, to w życiu Służewiec by mi nawet do głowy nie przyszedł. To wyszło w praniu. I dopiero, gdy zaczęłam pracować na wyścigach, to narodził się pomysł, żebym może spróbowała zrobić licencję trenerską, bo mi się to podoba. I udało się.

    Jak zaczęła się Twoja przygoda z końmi?

    Jestem z Trzebiatowa w województwie zachodniopomorskim. Niedaleko była stadnina koni Nowielice, gdzie dojeżdżałam. Zaczęłam jeździć na koniach, gdy miałam dziewięć lat. Szybko zdałam egzamin na odznaki jeździeckie i zaczęłam startować w małych zawodach. A później przez wiele lat miałam swoje konie, na których startowałam w skokach i mieszanych dyscyplinach jeździeckich. Zanim przyjechałam do Warszawy, byłam związana ze stajniami hodowlano-sportowymi pana Michałowskiego i jego córek. Jemu oraz Dominice i Hani zawdzięczam najwięcej. Nabierałam tam doświadczenia związanego z hodowlą, źrebiętami, inseminacją i kryciem. Zawsze to mnie bardzo fascynowało i myślałam, że w tym odnajdę się. W takim kierunku poszłam się kształcić na studia.

    Wiktoria Żaczek w akcji Fot. facebook Stajnia Zagórcze

    Co Cię przywiodło do Warszawy?

    Ze względu na pewne zawirowania życiowe przyjechałem tutaj, żeby kontynuować studia rozpoczęte w Szczecinie. Niestety, z dziennych musiałam przejść na zaoczne.

    Rodzice Cię tak puścili?

    Mama i dziadkowie zawsze mnie wspierali i wspierają we wszystkich decyzjach, które podejmuje. Nie miałam problemów ze zmianą miejsca, przeprowadzałam się wiele razy, miałam po drodze wiele trudności i nie raz życie dało mi w kość, ale teraz jestem tu, gdzie jestem.

    Czy w Warszawie, jak to mówi się w języku wyścigowym, stanęłaś na chód?

    Ale wciąż są momenty, w których chciałabym wrócić do domu.

    Skoro dziś masz gorszy dzień, to jutro będzie lepszy.

    Wiadomo. Na wyścigach, jest trochę tak, jak wiatr zawieje. Są dni, kiedy człowiek jest na fali i czuje się super. Bo są rzeczy, które napędzają człowieka: zwycięstwa, konie, którymi się zajmujesz, dobrze się pokazują. Ale klimat tutaj jest specyficzny i raczej bym powiedziała, że nie jest zbyt przyjazny dla człowieka, zwłaszcza dla kogoś, kto nie jest stąd. Szczególnie na początku to odczułam. Czułam się jak odmieniec, bo nie jestem tutejsza. Teraz już się trochę w to wciągnęłam, już bardziej się czuję, jakbym była stąd. Ale Służewiec nie jest łatwy, całe to środowisko, które patrzy tylko, kiedy się potkniesz. Z jednej strony, dodaje to motywacji do działania, myślę sobie, ja im pokażę. A z drugiej strony, jestem dość wrażliwa i bywają dni, że najchętniej bym stąd uciekła.

    Rozpoczynałaś swoją przygodę na wyścigach od przejażdżek w stajni Wiaczesława Szymczuka. Ale skrzydła rozwinęłaś u trenera Krzysztofa Ziemiańskiego.

    Trafiłam do trenera Ziemiańskiego i to była taka odskocznia dla mnie, bo miałam bardzo dużo problemów na głowie. I byłam tam bardzo długo, jak na służewieckie standardy. Kiedyś trener Szymczuk powiedział mi, że obrót między stajniami powinien trwać około roku. Żeby nie było żadnych konfliktów, to co roku powinno się zmienić stajnię. Rzeczywiście, ludzie tu strasznie migrują. Kiedyś zastanawiałam, dlaczego tak jest? Teraz zrozumiałam, bo zmieniłam stajnię po ponad trzech latach. Tutaj wszyscy mają bardzo wysokie oczekiwania. Każdy trener jest inny, ma inny styl, zwraca uwagę na inne rzeczy. Każdy człowiek, na swój sposób, jest w pewnych momentach trudny i to jest kwestia tego, z jaką trudnością bardziej sobie poradzisz, bo to nigdy nie jest tak, że jest idealnie. Ja też, ze względu na swoje prywatne problemy, nie wytrzymałam w stajni Krzysztofa Ziemiańskiego. Pomimo tego, że odchodziłam z płaczem i z wielkim żalem, to z drugiej strony też czułam, że się uwalniam. Bo sama sobie też psychicznie nałożyłam pewne obciążenia i nie potrafiłam się z nich inaczej uwolnić. Uważałam, że innej decyzji już nie mogę podjąć. Wszystko mi się nawarstwiało. Zaczęłam chorować i nie wiedziałam, na co. Okazało się, że to była cukrzyca. I to w bardzo wyniszczonym stanie. Ważyłam 48 kilogramów. Chodziłam od lekarza do lekarza. Nie wiedziałam, co mi jest. Mój zły stan zdrowia fizycznego spotęgował złe samopoczucie psychiczne i nie byłam w stanie mierzyć się z trudami codzienności dużej stajni, w której był duży kryzys, bo wówczas się tam wiele różnych rzeczy wydarzyło. Wypadek koniuszego, bardzo dużo pracy. Wiedziałam, że tego nie dźwignę. Szukałam sobie miejsca, w którym będzie mi łatwiej. Trafiłam do trenera Jodłowskiego i wcale łatwiej nie było. Dalej byłam chora, nie wiedząc jeszcze na co, coraz słabsza i będąc u niego w stajni, trafiłam do szpitala z cukrem 600. Podjęłam decyzję, że po wyjściu ze szpitala popracuję u niego do końca okresu próbnego i będę szukała czegoś innego, ponieważ ta praca tam też wydawała mi się za ciężka, jak na mój stan zdrowia. Była zima, która jest trudna na Służewcu. Latem przychodzą amatorki, jest więcej dziewczyn na przejażdżki, a zimą nie. W tamtym momencie wiedziałam, że nie dźwignę tego. I nie chodziło personalnie o trenera, tylko o natłok pracy. Trener Kacprzyk przyjmując mnie do pracy, opowiedział mi, jakie są warunki u niego w stajni. Są lżejsze, bo mniej jest pracy fizycznej. Szukałam czegoś takiego, by pracować jako jeździec, a nie dodatkowo jeszcze robić boksy, co obciążało w dużym stopniu mój organizm. Bo jestem teraz w trakcie specjalistycznego leczenia. Udało mi się załapać do takiego programu, który jest prowadzony w Stanach Zjednoczonych. Biopsyjnie do węzłów chłonnych podają mi lek na cukrzycę. To jest taki eksperyment. Ale mogę w nim uczestniczyć, bo jestem w pięciu procentach ludzi na świecie, którzy mają jakiś tam gen, który powoduje, że ten lek można przyjąć. Jestem tym leczona, ale nie mogę się przeciążać. Musiałam znaleźć miejsce, gdzie nie tylko fizycznie ale i psychicznie odpocznę. Na pewno mocno odpoczywam w stajni MK Racing, czasami się czuję, jakbym nie była w pracy, ale to zależy też od dnia.

    Czy Marvelous Stam pomaga Ci w tym?

    Akurat fizycznie, to mi na pewno nie pomaga, bo jest trudny. Ale dzięki wsparciu właścicielki Marvelousa, pani Kasi Figaszewskiej, stanęłam trochę na nogi. Zapewniła mnie, że jeśli dostanę licencję, powierzy mi konia do treningu. I choć odeszłam od Krzysztofa Ziemiańskiego, zdania nie zmieniła. Za to jestem jej bardzo wdzięczna. To wartościowy właściciel, jest ciepłą osobą, po wyścigu zawsze dziękuje wszystkim, bez względu na zajęte miejsce przez konia. Wie, że wkładamy w swoją pracę poświęcenie i serce. Dżokej Stefano Mura też twierdzi, że Kasia jest super. Także Marvelous jest wdzięcznym koniem. On zawsze daje z siebie wszystko. Nie jest to koń pozagrupowy z wielkimi możliwościami, ale zawsze się stara. Dla początkującego trenera jest to fajne doświadczenie. Dostać konia, który jest w stanie wygrać wyścig i który jest chętny do pracy. To nie jest koń, którego trzeba do czegokolwiek zmuszać. Z właścicielką Marvelousa planujemy kupić jeszcze dwulatka, a jeżeli się nie uda, to roczniaka na jesiennych aukcjach.

    Marvelous Stam wygrał pierwszy wyścig dla trenerki Wiktorii Żaczek

    Czy Marvelous Stam w tym roku zakończy karierę?

    Zobaczymy, jakie będzie jego samopoczucie. Albo już pójdzie do rekreacji i pewnie będzie miał dożywocie u Kasi, bo ona ma swoją stajnię. Albo zostanie jeszcze na Służewcu. On nie wykazuje jakiś oznak, żeby był już zdziadziały. Będzie pewnie biegał tyle, ile zdrowie będzie mu pozwalało.

    Twoją największą miłością jest jednak Night Tornado, który po zakończeniu kariery wyścigowej został reproduktorem.  

    Tak. Taki koń pojawia się w życiu człowieka tylko raz. Każdy, kto miał okazję się na nim przejechać, albo miał do czynienia z tym koniem, mógłby się ze mną zgodzić, że takich koni po prostu nie ma. On miał to coś, taki charakter. To jest nie do opisania. On był przyjacielem wszystkich. Nie dość, że dawał bardzo dużo radości właścicielom, trenerowi i jeźdźcom, to na niego się patrzyło, jak na konia z innej bajki. Galopował cudownie. Śmiałam się, że on jest trochę jak taki autobus przegubowy. Był bardzo długi i nie czuło się na nim tempa. On płynął.  Był bardzo wdzięczny, a ja też dzięki niemu bardzo dużo się nauczyłam. Miałam okazję wyjeżdżać z nim za granicę i patrzeć, jak to wygląda na innych torach i poznawać świat. Jestem mu za to bardzo wdzięczna. Drugiego takiego konia już nie będzie.

    Wiktoria Żaczek świętuje sukces ze Stefano Murą i Night Tornado

    Jak to się stało, że ze skoków trafiłaś do wyścigów?

    Pracowałam jako instruktor PZJ w Poland Parku na Służewcu. Przez to trafiłam na przejażdżki. Nigdy nie planowałam przyjścia na wyścigi i jeżdżenia na koniach wyścigowych. Jeździć w stajni zaczęłam przez przypadek. To było po pierwszym rzucie koronawirusa. Nie znałam się na koniach, nie przywiązywałam wagi, na jakim jadę, nie znałam rangi wyścigów. Na przykład miałam okazję jeździć na trójkoronowanym Fabulousie Las Vegas. Jeździłam sobie na nim kłusa i sobie myślałam, no i jeżdżę kłusa na jakimś koniu. A dopiero później dowiedziałam się, na jakim koniu jechałam i doznawałem szoku. Wow, to jest niesamowite, dziwiłam się z wrażenia, bo żeby w sporcie dosiąść takiego konia, to trzeba być jego właścicielem. Na wyścigach nagle zobaczyłam, że wcale nie trzeba mieć worka pieniędzy, żeby jeździć na wybitnym koniu. Choć uważam, że, tak czy inaczej, zarobki na wyścigach są nieadekwatne do wykonywanej pracy, tak samo zresztą, jeżeli chodzi o nagrody dla właścicieli, którzy wydają dużo pieniędzy na konie, a pula nagród nie zmienia się. To podcina skrzydła wielu osobom. Szokiem dla mnie było też to, że za udział w gonitwie jeździec dostaje pieniądze. W jeździectwie czegoś takiego nie ma.

    Twoją pasją są też tatuaże. Skąd to się wzięło?

    Zawsze lubiłam rysować. Kiedyś od koleżanki dostałam maszynkę do robienia tatuaży i zaczęłam sobie je robić. I tak wyszło, że już to robię siedem lat. Dzięki tatuażom stać mnie na konie. Pracując na samych wyścigach, trudno byłoby mi utrzymać się w Warszawie. Do tego jeszcze teraz wydaję miesięcznie na chorobę po kilkaset złotych, bo sensory, insulina, kosztują. Śmieje się, że z pensji z wyścigów, to sobie opłacam rachunki i jakieś tam zobowiązania, a żyję z  tatuaży.

    Sama?

    Nie, mój chłopak też robi tatuaże. We dwójkę raźniej. Jestem mu wdzięczna za to, że mi pomaga w codziennych trudach, bo życie z cukrzycą nie jest proste i przyjemne, więc ja czasami też nie jestem przyjemna, ale jeszcze wytrzymuję jakoś. Często mi pomaga, jest zaangażowany w moje życie i chce się nauczyć jeździć konno.

    To nauczycielkę ma…

    Tak. On jest ode mnie niższy i lżejszy, więc ma dobre warunki do jeżdżenia. Dzięki uprzejmości Oliwii Szarłat i Oskara Nowaka mogę zabierać chłopaka do ich koni w stajni sportowej, gdzie uczę go jeździć. Wiele zawdzięczam Oliwii, bo dzięki niej złapałam wyścigowego bakcyla po tym, jak trafiłam na Służewiec. Bardzo cenię sobie znajomość z nią, bo jest ważną osobą w moim życiu i wiele się od niej nauczyłam, mimo że nie pracujemy już w tej samej stajni.

    Wiktoria Żaczek, Oliwia Szarłat i Oskar Nowak podczas Gali Zakończenia Sezonu

    Doszłaś do pewnego poziomu. Jesteś panią trener. Masz w planach kupno kolejnego konia. Co jeszcze?

    Choroba sprowadziła mnie na ziemię, więc nie mam dalekosiężnych planów. Żyję tym, co będzie jutro, najdalej za tydzień. Planując, co będę robiła za kilka lat, to raczej nie widzę siebie na Służewcu. Ale to nie jest tak, że nie chcę mieć związku z wyścigami, bo jak najbardziej chciałabym zostać przy koniach wyścigowych. Nie wiem jeszcze, w jakiej roli. Największym moim marzeniem, byłoby osiąść na wsi i mieć konie. Nie wykluczam też takiej możliwości, by polecieć poza granice Polski i popracować kilka miesięcy w stajni wyścigowej. Tej zimy już miałam wylecieć do Stanów Zjednoczonych, ale choroba pokrzyżowała mi plany.

    Ślub, dzieci?

    Ślub może tak, ale jeszcze nie teraz. Raczej tak daleko nie wybiegam w przyszłość, ze względu na moje zdrowie. Na pewno nie chciałabym rezygnować z koni wyścigowych. Jeśli miałabym zostać na Służewcu, to w stajni państwa Kacprzyków, bo uważam, że takie stajnie mają  przyszłość. Wielu trenerów na Służewcu jest wiekowych, i mimo swojego wieloletniego doświadczenia, wygranych i pucharów po sufit, w pewnym momencie będą przechodzić na emeryturę, więc stajnie młodych trenerów, jak Macieja Kacprzyka, to przyszłość. Oni wtłaczają coś nowego, praca jest zupełnie inna, zwracają uwagę na inne rzeczy. Bardziej mi to przypomina opiekę nad końmi sportowymi, niż takie typowe podejście w służewieckiej stajni wyścigowej. Pewne rzeczy, które na Zachodzie są normą, na Służewcu są nowatorskie u młodych trenerów, a starsi w ogóle z nich nie korzystają. Tu wszystko zatrzymało się w czasie. U trenera Kacprzyka trzymam swojego konia, dzięki temu mam cały czas merytoryczną pomoc. A pani Agnieszka, to jest osoba ze złotym sercem. Zawsze, gdy mam jakiś problem, mogę z nią porozmawiać.

    Starsza siostra?

    Trochę tak. No i to są dobrzy ludzie. Podoba mi się ich styl pracy. Konie są dobrze przygotowane, biegają super. Gdy jest dobra organizacja pracy, to są sukcesy. Ma się poczucie, że nie jest się piątym kołem u wozu, a istotną jednostką. W stajniach sportowych każdy raczej patrzy na siebie i na swojego jednego konia. A tutaj jest tak, że to cała załoga zajmuje się końmi i sukcesy to wspólna praca: dżokeja, trenera, jeźdźców, koniuszego i wszystkich pracowników stajni. U trenera Kacprzyka jest odpowiednia liczba ludzi na liczbę koni. Widzę po sobie, jak wpływa ilość przejażdżek na jakość wykonywanej przeze mnie pracy. Jestem w stanie więcej z siebie dać i więcej myśleć o danym koniu, na którym jadę, bo nie jestem przemęczona, i, na przykład, mam czas na to, żeby koniowi warkoczyki zapleść. Wiem, że w wielu stajniach są problemy z ludźmi, bo rąk do pracy na Służewcu brakuje. Młodzi nie chcą przychodzić na wyścigi, bo odstrasza ich wiele rzeczy. Ja zostałam tylko dlatego, że zakochałam się w koniach, jestem spokojna finansowo, bo mam tatuaże. Gdybym nie miała dodatkowych przychodów, nie zdecydowałabym się na pracę tutaj.

    Rozmawiał Maciej Rowiński

    Na tytułowym zdjęciu Wiktoria Żaczek z Night Tornado

    Udostępnij

    Powiązane artykuły

    Zbliżające się wydarzenia

    Najnowsze artykuły