Wywiad z Grzegorzem Grzegorowskim: Pasja, cierpliwość i „Rakiety” w powietrzu i na torze

Nazywają go „Panem Rakietą”. Przez lata jego gołębie pocztowe zdobywały świat, a teraz jego konie wyścigowe z członem „Rocket” w nazwie podbijają tory. Po spektakularnym zwycięstwie w Derby Chestnut Rocketa rozmawiamy z Grzegorzem Grzegorowskim – człowiekiem, który swoje 50-letnie doświadczenie z hodowli mistrzów lotu przenosi na świat wyścigów konnych, udowadniając, że cierpliwość, intuicja i traktowanie sportu jako pasji, a nie biznesu, to najkrótsza droga na szczyt.

Michał Kurach: Panie Grzegorzu, przede wszystkim wielkie gratulacje za zwycięstwo w Derby. Chestnut Rocket, pod szyldem „Greg Rockets”, pokazał niesamowity potencjał niczym Pańskie znakomite gołębie. Muszę przyznać, że jest pan uosobieniem nowego trendu na polskich wyścigach – właściciela, który stosunkowo niedawno pojawił się na torze, a już odnosi spektakularne sukcesy. Jakie emocje towarzyszyły panu, gdy Chestnut Rocket mijał celownik jako pierwszy?

Grzegorz Grzegorowski: Dziękuję. Może to zabrzmi śmiesznie, ale ja czułem, że on wygra. Wiedzieliśmy, jakie w nim drzemią możliwości. Nawet w Nagrodzie Iwna pokazał swój potencjał. Dżokej miał przykazane, żeby trzymać go z tyłu, oszczędzać. Oczywiście, w końcówce mocno przyspieszył, ale taktyka nie do końca się sprawdziła. Nie byłem smutny, bo nie zależało nam na wygranej za wszelką cenę. Choć ma silną psychikę, to jest delikatny koń fizycznie i odczuwa takie starty. Co ciekawe, Derby zniósł wspaniale, jakby w ogóle nie biegł. Może to kwestia dojrzałości. A emocje? Były ogromne, zwłaszcza gdy z piątej pozycji zaczął mijać kolejne konie. Widać było, że ma jeszcze zapas mocy. Jednak, szczerze mówiąc, jestem przyzwyczajony do wielkich wygranych. W hodowli gołębi zdobywałem mistrzostwa świata w Chinach, Ameryce, Afryce. Na początku emocje były silniejsze, teraz podchodzę do tego spokojniej, ale radość jest oczywiście ogromna. Cieszę się, że mam takiego konia.

Chestnut Rocket wygrywa Derby i bije rekord toru na 2400 m.

Właśnie, pańska stajnia nosi nazwę Greg Rockets, co jest nawiązaniem do pańskich sukcesów w hodowli gołębi. Skąd wziął się ten przydomek?

To nie ja go wymyśliłem, tylko koledzy. Zawsze powtarzali: „Ty to masz same rakiety!”. Początkowo moja drużyna nazywała się Greg Team, ale przekonali mnie, żebym zmienił nazwę na Greg Rockets. Wołali na mnie „Mister Power” albo „Pan Rakieta” i tak już zostało. Nazwa przyjęła się na tyle, że konie, których jestem właścicielem, również mają w nazwie człon „Rocket”.

Wróćmy do samego wyścigu. Faworytem wielu był Bold. Jak pan ocenia jego występ? Czy gdyby był lepiej poprowadzony, walka o zwycięstwo byłaby jeszcze bardziej zacięta?

Liczyłem, że Bold może być w czołówce, ale nie, że wygra. Moim zdaniem temu koniowi coś dolega. Obserwowałem go kilka razy i on nie zachowuje się na padoku prawidłowo – rzuca głową na lewo i prawo. Moim zdaniem zdrowy koń tak nie robi, ale jestem początkujący, więc mogę się mylić. Co do naszego konia, Chestnut miał jeszcze zapas mocy. Proszę zauważyć, że dżokej na Bolcie używał bata i dostał za to karę, a Václav Janáček na naszym koniu prawie w ogóle go nie używał. Chestmut ma serce do walki. Już w poprzednim wyścigu, na miękkim torze, Tomáš Roman opowiadał, że czuł, jak serce tego konia pracuje, gdy zaczął wyprzedzać rywali. Ma wyjątkową głowę i wolę walki.

Radość Václava Janáčka

Wspomniał pan o rekordzie toru Chestnut Rocketa. Czy ten wynik, zapisanie się w historii Służewca, ma dla pana szczególne znaczenie?

Oczywiście, że tak. To pokazuje jego ogromny potencjał, zwłaszcza że tor wcale nie był wtedy twardy jak beton. Sztab ludzi pracował nad jego podlewaniem i przygotowaniem. Słyszałem, że niektórzy narzekali, ale jak to mówią: złej baletnicy i rąbek u spódnicy przeszkadza. Co do reszty stawki, to uważam, że osiem z tych koni w ogóle nie powinno było biegać w Derby. Niektórym zniszczono psychikę. Koń to nie gołąb, który leci do domu, kierując się polem magnetycznym. To delikatne zwierzę i trzeba podchodzić do tego z rozwagą.

Mam wrażenie, że między wygraną w Nagrodzie Rulera a Derby, Chestnut Rocket bardzo się zmienił. Wyglądał na bardziej umięśnionego, wyżyłowanego. Z drugiej strony trener Ziemiański wspominał, że bardzo go oszczędzał. Jak wyglądały te przygotowania?

Trener mówił prawdę. Były nawet chwile grozy, kiedy po zmianie podków koń przez trzy dni nie chciał chodzić. Odpoczywał w tym czasie dwa razy. Jak wcześniej mówiłem to delikatny koń, jeśli chodzi o ciało, ale psychicznie jest bardzo silny. Nie schudł, ale nabrał masy mięśniowej, po prostu dojrzał. Na treningach widzieliśmy, że ma niesamowity zapas mocy, zawsze łatwo wyprzedzał inne konie. Jest szybki, ale trzeba z nim uważać. Dlatego nie forsowaliśmy go jako dwulatka. Teraz, po Derby, czuje się zaskakująco dobrze, jakby nie odczuł wysiłku.

Dzień Derby był dla pana podwójnie szczęśliwy. Zaczęło się od zwycięstwa White Rocket w Nagrodzie Green Maestro, co dla wielu było niespodzianką. Klacz w zeszłym sezonie biegała przyzwoicie, ale bez błysku. W tym roku pokazała progres, ale po kilku słabszych startach jej wygrana była zaskoczeniem. Jaka jest historia tej klaczy?

Prawda jest taka, że dla nas to nie była niespodzianka. Dzień wcześniej postawiłem na nią pieniądze, bo wiedziałem, że ich ogra. To jest rakieta, ale na dystansie milerskim. W ubiegłym roku była po poważnej operacji dróg oddechowych i jej starty były tylko dla przetarcia. Musiała odcierpieć swoje, a potem potrzebowała kilku miesięcy, by dojść do siebie u trenera Ziemiańskiego. To bardzo dobra klacz, ale musieliśmy ją oszczędzać. Start w Women Power Series na 1800 metrów był tylko próbą, która nie wyszła, częściowo przez grząski tor i niedyspozycję amazonki. Teraz wiemy, że jej dystans to 1400-1600 metrów. Potrzebuje też odpowiedniego dżokeja, a Tomáš Roman aż się gotował, żeby na niej pojechać. Różnica wagi w tym wyścigu – 8 kg – też zrobiła swoje.

White Rocket triumfuje po raz pierwszy w karierze

Rozumiem, że plany wobec niej są teraz jasno sprecyzowane?

Tak, na pewno wystartuje w Nagrodzie Syreny. To koń milerski i nie będziemy jej męczyć na dłuższych dystansach, mimo że jej rodowód mógłby sugerować co innego. Ona wreszcie doszła do siebie i teraz to jest bardzo dobry koń wyścigowy.

W pańskiej stajni jest jeszcze jeden koń, który zdaje się podążać podobną ścieżką progresu – Jacob’s Rocket. On również późno zaczął karierę, ale rozwija się bardzo obiecująco.

Jacob to kolejna rakieta, nasz „czarny koń”. Oszczędzamy go na poważniejsze wyścigi. Jestem przekonany, że byłby lepszy od większości koni, które biegły w ostatnim wyścigu, z którego go wycofaliśmy. To fantastyczny koń, zarówno pod względem budowy, jak i charakteru. Ale po co go zajeżdżać? Koń to nie samochód, w którym można wymienić silnik. Tak samo oszczędzaliśmy Chestnut Rocketa. Nie zależy mi na wygrywaniu dwulatków. Chcę, żeby moje konie biegały najlepiej od trzeciego do ósmego roku życia, bo wtedy otwierają się możliwości startów w wielkich wyścigach, również za granicą.

To bardzo ciekawa i rzadko spotykana strategia. Większość właścicieli chce sukcesów tu i teraz. Jakie są więc plany dla pańskich czołowych trzylatków na resztę sezonu?

Plan jest prosty. Zarówno Chestnut Rocket, jak i Jacob’s Rocket będą miały w tym roku już tylko po dwa starty. Chestnut pobiegnie w St. Leger, a potem w Wielkiej Warszawskiej. Jacob wystartuje w jakimś wyścigu na 2000 metrów, a następnie również w Wielkiej Warszawskiej. Jako trzylatki będą niosły o 5 kg mniej od starszych koni, co daje im dużą szansę. Pamiętamy, że trzylatki potrafiły już wygrywać tę gonitwę.

Widać, że ma pan niezwykłe „oko” do koni. Mimo stosunkowo krótkiego doświadczenia, pańskie zakupy okazują się strzałami w dziesiątkę. Czym kieruje się pan przy wyborze?

Powiem panu, jak było z Chestnut Rocketem. Lubuję się w koniach karych i skarogniadych, a on jest kasztanem. Miałem listę dziesięciu koni, skonsultowaną z trenerami i dżokejami, z określonym budżetem. Chciałem kupić ogiera z potencjałem genetycznym, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Przeglądając katalog, trafiłem na tego „rudego”. Pomyślałem: „Jaki byk, co za maszyna!”. Spojrzałem w rodowód – a tam Anabaa od strony matki. A ja od dawna obserwowałem konie z tej linii i wiedziałem, że ten ogier daje świetne potomstwo. Zmieniłem plany i podniosłem pulę pieniędzy. Udało się kupić Chestnut Rocketa! Choć po drodze miał wypadek w transporcie i przez miesiąc go leczyliśmy, to już wtedy trener Ziemiański powiedział: „Dobrze zrobiłeś, to jeden z czterech najlepszych koni, jakie mam w stajni”. Na wiosnę byliśmy w zasadzie pewni, że to będzie rakieta. Dlatego go oszczędzaliśmy, bo widzieliśmy, że późno dojrzewa.

Z pańskiej filozofii wynika, że kluczem do sukcesu jest cierpliwość i traktowanie wyścigów jako hobby, a nie biznesu.

Dokładnie. 95% ludzi w tym sporcie liczy na pieniądze. A jak ktoś liczy na kasę, to nic z tego nie będzie. Tak samo jest w gołębiach. Jeśli ktoś kupuje tylko rodowód z myślą o zysku, to nie jest hodowcą, tylko handlarzem. Koń, oprócz papieru, musi być po prostu dobry. Ja nie robię tego dla pieniędzy, dlatego nie ma presji. Jak koń jest szybki, to biega. Jak potrzebuje czasu, to cierpliwie czekam. Dlatego tak dobrze rozumiem się z trenerem Ziemiańskim. On jest opanowany i inteligentny, nic na siłę.

Nawiązał pan do hodowli. Wiem, że ma pan już w swojej stadninie klacze, które mogą dać początek nowej linii „Rakiet”.

Tak, zacząłem tę przygodę. Mam klacz Pretty Rocket, która jako dwulatka wygrała trzy razy z rzędu. To był wyjątkowy koń na 1200 metrów, z planami na starty zagraniczne. Niestety, jej karierę przerwał krwotok i teraz jest już w hodowli, źrebna po ogierze Night Tornado. Prawdziwym skarbem jest Zonda RMP. Kupiłem ją wraz z innymi końmi od tego samego sprzedawcy. Ale tak naprawdę chodziło mi od początku tylko o nią, bo wiedziałem, jaki ma znakomity rodowód. Jej półbrat, Maljoom, zajmował czołowe miejsca w gonitwach G1. To rzadkość, żeby taka klacz była w polskiej hodowli. Ona już dała wspaniałą klaczkę, a jej ogierek, Zorba Rocket, jest w Czechach i zapowiada się na świetnego płotowca. Te klacze będą stanowiły zalążek mojej hodowli w Polsce, ale ich potomstwo będzie wywożone do Francji, bo tam są lepsze warunki do odchowu.

W treningu ma pan też dwa obiecujące dwulatki: Faster Than Rocket i Sun Rocket. Czego możemy się po nich spodziewać?

To dwa zupełnie różne konie. Faster Than Rocket to prawdziwy postrach, duży, silny, typowy sprinter po City Light. Ma ogromny temperament, to taki “bandyta”. Uspokoił się trochę, ale to wciąż ogień. Zadebiutuje prawdopodobnie w sierpniu. Z kolei Sun Rocket, po Waldgeiście, to przepiękny, późno dojrzewający koń. W tym roku raczej nie wystartuje, a jeśli już, to może raz, dla zapoznania z torem. Nie będziemy go dusić na siłę. Trzeba dać mu czas.

W pańskiej stajni biega też koń arabski, Elevation Al Maury. To koń silny, wytrzymały, ale bez tego błysku szybkości. Jak trafił do pana i jakie ma pan wobec niego plany?

Kupiłem go, bo wyglądał jak koń pełnej krwi angielskiej, a nie typowy arab. Wiedziałem, że będzie silny. To nie jest rakieta na finiszu, to koń siłowy, który biegnie do samego końca. Im dłuższy dystans i trudniejsze warunki, tym lepiej dla niego. On się świetnie regeneruje i nie odczuwa wyścigów. Teraz, trzeciego sierpnia, jedzie na wyścig do Holandiiz serii President Cup, a potem planujemy start w Nagrodzie Europy i w gonitwie dla czterolatków podczas dnia Wielkiej Warszawskiej (Derby Europy Centralnej z rekordową pulą 150 000 euro). Na niego potrzeba silnego dżokeja, bo jest bardzo mocny.

Elevation Al Maury

Na koniec chciałbym zapytać o pańskie plany wykorzystania ogromnego doświadczenia z hodowli gołębi w hodowli koni. Wspominał pan kiedyś o badaniach genetycznych. Czy da się wykorzystać tą wiedzę?

Tak, z czystej ciekawości chcę zrobić u koni profile genów LDHA i DRD4. U gołębi te geny odpowiadają za szybkość regeneracji po wysiłku i za charakter. Myślę, że u koni może być podobnie. Gen dopaminy D4 jest związany z kreatywnością i energią. Obserwuję konie i widzę pewne analogie w ich zachowaniu. To na razie przypuszczenia, ale chcę to sprawdzić. Nikt panu nie zdradzi, czy Frankel miał taki gen, ale to może być jedna z tajemnic jego sukcesu. Jeśli ogier miałby odpowiednie geny, to byłaby bomba. W przyszłości, jeśli zdrowie pozwoli, na pewno zostawię w hodowli White Rocket. Niezależnie od wyników na torze, jej pochodzenie czyni ją idealną matką.

Dziękuję za fascynującą rozmowę. Pozostaje mi życzyć dalszych sukcesów, zarówno na torze wyścigowym, jak i w hodowli, która, jak słyszę, jest pańską największą pasją.

Dziękuję bardzo.

Michał Kurach

Na zdjęciu tytułowym dekoracja po Derby

Udostępnij

Powiązane artykuły

Zbliżające się wydarzenia

Najnowsze artykuły