Włoski dżokej od lat należy do grona gwiazd polskich wyścigów konnych. Ceniony za inteligencję w siodle, pozytywne nastawienie i elegancki styl jazdy, w tym sezonie po raz kolejny udowadnia swoją klasę, seryjnie wygrywając najważniejsze gonitwy ostatnich tygodni. O sardyńskich korzeniach, życiu w Polsce, szacunku do koni, taktyce prowadzącej do zwycięstw oraz niespełnionym marzeniu o Derby rozmawiamy ze Stefano Murą.
Michał Kurach: Pochodzisz z Sardynii, miejsca, gdzie konie są głęboko zakorzenione w kulturze. Jakie są Twoje najwcześniejsze wspomnienia z nimi związane?
Stefano Mura: Na Sardynii to prawda, konie są częścią naszej kultury. Prawie każda rodzina ma z nimi jakąś styczność. Moje początki to była bardziej zabawa niż myślenie o karierze. Jako dziecko uczyłem się jeździć i brałem udział w sfilate, czyli tradycyjnych paradach, podczas których jeździ się konno przez miasto w odświętnych strojach. To były pierwsze poważne doświadczenia. Dopiero później, dzięki koledze, trafiłem na wyścigi i zrozumiałem, że to jest to, co chcę robić. U nas na Sardynii koń to nie jest tylko zwierzę, to członek rodziny. Jeśli ktoś kupuje konia, to jest on z nim na całe życie. To wielka pasja, nie tylko biznes.
Kryzys we włoskich wyścigach zmusił Cię do szukania nowych dróg. Dlaczego padło akurat na Polskę?
To był rok 2013, we Włoszech sytuacja w wyścigach stawała się naprawdę trudna. Było coraz mniej gonitw, a problemy finansowe narastały. Pamiętam nawet, że był okres, kiedy wyścigi wstrzymano na kilka miesięcy, bo trenerzy nie dostawali pieniędzy z nagród nawet przez rok i po prostu strajkowali. Trzeba było podjąć jakąś decyzję. Wybór padł na Polskę, dokąd przyjechałem razem z moją żoną Anią (polką), którą już wtedy znałem. Spędziliśmy tu dwa lata, potem na pięć lat wyjechaliśmy do Francji, gdzie prowadziliśmy stajnię rodziny Daverio, słynącej z hodowli koni arabskich, jak chociażby Ameretto. Ostatecznie w 2019 roku wróciliśmy do Polski, tym razem już na stałe.
Wspominasz o kryzysie we Włoszech, ale w całej Europie, nawet w Niemczech czy Francji, wyścigi przeżywają trudności. Jak myślisz, z czego to wynika?
Myślę, że to problem całego naszego sportu. Kiedyś ludzie masowo grali na wyścigach, a dziś wybierają inne formy hazardu, jak zakłady na mecze piłkarskie. Pieniądze z totalizatora nie wracają do branży, a bez tego trudno o rozwój. We Francji, która jest najlepiej zorganizowana, też obniżono w tym roku pule nagród. To jest szerszy problem, który dotyka całą Europę. Ja nie lubię krytykować, ale wszędzie są rzeczy, które można by poprawić.
Eksperci chwalą Cię za dużą inteligencję taktyczną. Jak wygląda proces podejmowania decyzji podczas gonitwy? Ile zależy od strategii ustalonej z trenerem Adamem Wyrzykiem, a ile od Twojej intuicji?
To jest jeden z kluczy do sukcesu i nasza współpraca układa się fantastycznie. Trener ma do mnie duże zaufanie (fiducia, jak mówimy po włosku). Oczywiście przed każdym wyścigiem siadamy, analizujemy stawkę i ustalamy plan. Dużo rozmawiamy, oglądamy razem powtórki. Ale co najważniejsze, trener nigdy nie daje mi sztywnych, zamkniętych dyspozycji w stylu: „musisz zrobić to i to”. Mam tak zwaną „wolną rękę”. Jeśli gonitwa ułoży się inaczej, niż zakładaliśmy, albo poczuję, że trzeba coś zmienić, mogę zareagować i pojechać tak, jak czuję w danym momencie. Czasem po prostu mówi: „Rób, jak uważasz”. To zaufanie jest bezcenne.
Wróciłeś do stajni trenera Wyrzyka po blisko dziesięciu latach. Czy przez ten czas zmieniłeś się jako dżokej?
Zdecydowanie. Kiedy byłem tu pierwszy raz, miałem 23 lata. Dziś mam 34 i jestem zupełnie innym jeźdźcem. Myślę, że na pewno dojrzałem, przede wszystkim pod względem mentalnym. Kiedyś miałem bardzo „gorącą głowę”, bardzo chciałem wygrywać, ale towarzyszyło temu wiele emocji. Byłem niecierpliwy. Dziś jestem spokojniejszy, mam większe doświadczenie. Dobry dżokej, podobnie jak piłkarz, potrzebuje czasu, żeby nauczyć się czytać grę, przewidywać, co może się wydarzyć, i odpowiednio reagować. To przychodzi z latami. Teraz mam też rodzinę, syna, i to również zmienia perspektywę, daje spokój w głowie.
W tym sezonie Twoja jazda zyskała na jakości, wygrywasz gonitwę za gonitwą. Po kontuzji wróciłeś silniejszy. Stajnia Adama Wyrzyka notuje też lepsze wyniki po Twoim powrocie, czy zatem forma koni jest powiązana ze zdrowiem Stefano?
(śmiech) Możliwe, że coś w tym jest! A mówiąc poważnie, czuję się w tym roku znakomicie. Jestem głodny zwycięstw, bo ostatnie sezony nie były dla mnie tak udane. Mam spokojną głowę, znam konie, na których jeżdżę, i wiem, na co je stać. To wszystko składa się w jedną całość. Myślę, że dziś jestem już kompletnym dżokejem, co pozwala mi możliwie najlepiej przeprowadzić konia w wyścigu. Dobrze się z trenerem Wyrzykiem uzupełniamy, dlatego nasza współpraca przynosi tak dobre efekty. A przede wszystkim – to wszystko jest możliwe dzięki ciężkiej pracy całego zespołu.
Muszę zapytać o Night Tornado. Dwie Wielkie Warszawskie, historyczne zwycięstwo we Francji. To był koń Twojego życia?
Tak, to był koń życia. Niełatwo trafić na takiego w karierze. To był koń wysokiej klasy, co udowodnił, wygrywając gonitwę Listed we Francji. Zwycięstwa na nim, zwłaszcza w Wielkiej Warszawskiej, to spełnienie marzeń. Te chwile zostaną ze mną na zawsze.
Jest jednak jedno trofeum, którego brakuje w Twojej kolekcji – Derby. W tym roku wygrał je Chestnut Rocket, koń, na którym jeździłeś w poprzednim sezonie. Nie żałujesz trochę decyzji o zmianie stajni?
Nie, absolutnie nie żałuję. Tego nigdy nie wiadomo, jakby było. Zawsze patrzę do przodu. To, co było, minęło. Trzeba wyciągać wnioski i iść dalej. Bardzo liczyłem na tego konia, już jako dwulatek pokazywał ogromny potencjał i wiedziałem, że będzie świetny na dystansie. Ale nie rozpamiętuję tego. Może inni lubią tak czasem żałować, ale ja taki nie jestem (śmiech).
Jesteś znany z uśmiechu i optymizmu. Ostatnie badania nastrojów w Unii Europejskiej pokazują, że Włosi, mimo problemów gospodarczych, należą do najszczęśliwszych narodów, a Polacy, mimo szybkiego rozwoju, są w dole tej listy. Odczuwasz tę różnicę w mentalności na co dzień?
Myślę, że to kwestia kultury. We Włoszech, mimo różnych problemów, staramy się myśleć pozytywnie. W mojej pracy to ogromny plus. Konie doskonale wyczuwają nerwowość, więc spokój i optymizm pomagają. Oczywiście nie chodzi o to, by myśleć, że zawsze wszystko jest super. Trzeba być realistą, ale pozytywne nastawienie pomaga iść do przodu. Jak myślisz źle, to nic dobrego z tego nie wyniknie.
Polska stała się Twoim drugim domem. Co najbardziej Cię tu urzekło?
Czuję się tu jak u siebie. Naprawdę traktuję Polskę jak mój dom i nie wyobrażam sobie, żebym mógł teraz wrócić na stałe do Włoch i prowadzić takie samo życie. Oczywiście, tęsknię za Sardynią, za rodziną, za plażą i morzem – tego brakuje mi najbardziej. Bałtyk to jednak nie to samo. Ale tutaj mam wszystko, czego potrzebuję. Jestem bardzo zadowolony ze swojego życia.
A co zabrałbyś z Polski do Włoch?
(śmiech) Czystość! Polska jest naprawdę czystym krajem, co bardzo doceniam. A z Włoch do Polski? Może kulturę jedzenia, to wspólne celebrowanie posiłków. Chociaż w domu staramy się to pielęgnować, dużo gotuję i jemy głównie po włosku.
Jak udaje Ci się łączyć wymagającą i ryzykowną karierę z życiem rodzinnym? Czy Twoja rodzina jest liczna we Włoskim, południowym stylu?
Bycie tatą to najlepsza i najważniejsza rola w moim życiu. Oczywiście, ten zawód wiąże się z ryzykiem. Miałem w karierze kilka groźnych wypadków, w tym roku też pauzowałem z powodu kontuzji kolana po upadku, kiedy „spadłem jak torba” (śmiech). Ale nie można o tym myśleć na co dzień. Jeśli zaczynasz się bać, nie jesteś w stanie dobrze wykonywać tej pracy. To ryzyko jest po prostu wkalkulowane w zawód. A rodzina daje mi siłę i motywację. Mój syn Franio mówi biegle po polsku i po włosku, ze mną rozmawia po włosku, z mamą po polsku. To fantastyczne. Na razie mamy jedno dziecko, ale… (śmiech).
Twoja rodzina na Sardynii śledzi Twoje starty?
Oczywiście! Mama, rodzeństwo – wszyscy oglądają wyścigi na Służewcu w soboty i niedziele. To stało się ich nowym rytuałem. Codziennie rozmawiam z mamą przez telefon. Babcia chce mieć kontakt z wnukiem. To wsparcie, nawet z daleka, jest dla mnie niezwykle ważne.
Przejdźmy do Twoich ostatnich kluczowych zwycięstw. Zacznijmy od dwuletniego Kartacza, który w imponującym stylu wygrał Nagrodę Dorpata.
To jest koń, który zachwyca od samego początku. Ma niesamowitą budowę, wygląda jak dorosły, ukształtowany koń, a nie dwulatek. Ma w sobie ogromną moc i, co najważniejsze, on kocha to, co robi. Dla niego wyścig to wciąż forma zabawy, nie czuje presji. On jeszcze do końca nie wie, o co w tym wszystkim chodzi, po prostu biegnie, bo to lubi. Ma ogromny potencjał i łatwość, z jaką odchodzi od rywali na prostej, jest niesamowita.

Tego samego dnia, dla tych samych właścicieli, odniosłeś łatwe zwycięstwo na klaczy Perfect Position. Tamten wyścig zakończył się jednak dla Ciebie karą finansową.
Tak, byłem bardzo pewny tej klaczy. Już przed wyścigiem czułem, że wygra. Trener dał mi wolną rękę, pojechałem na prostej i po prostu odjechała. Co do kary, cóż, takie są przepisy. Użyłem bata, nie patrząc do tyłu, a okazało się, że nie było to potrzebne, bo przewaga była duża. Jestem dżokejem, który bardzo lubi i szanuje konie, ale czasem w ferworze walki podejmuje się takie decyzje.
Black Angel w Nagrodzie Syreny pokazała wielką klasę, wygrywając z faworyzowanym ogierem z Czech.
To klacz, która w tym roku stała się kompletna. Dojrzała fizycznie i mentalnie. Jest spokojniejsza, wie, co ma robić. Myślę, że jej idealnym dystansem jest 1400 metrów, ale radzi sobie świetnie od 1300 do 1600 metrów. W tamtym wyścigu wszystko ułożyło się idealnie, miałem sytuację pod kontrolą i w odpowiednim momencie zaatakowałem. To wielka przyjemność jeździć na tak inteligentnej i szybkiej klaczy.

Fragnar w Nagrodzie Figaro nie tylko wygrał, ale przy okazji pobił rekord toru. To lekki kontrast w porównaniu do jego wcześniejszego, słabszego występu w Nagrodzie Ofira. Z czego wynikała ta różnica?
Trudno jednoznacznie powiedzieć. Myślę, że w Nagrodzie Ofira po prostu miał słabszy dzień. Czasem tak bywa. Nie finiszował tak, jak potrafi. Natomiast w Figaro pokazał, na co go stać. To była wielka walka, łeb w łeb do samego celownika. Na ostatnich stu metrach rywal znów na chwilę wyszedł na prowadzenie, ale Fragnar pokazał ogromny charakter i daliśmy radę wygrać. To koń numer jeden na długich dystansach i z optymizmem patrzymy na Nagrodę Europy, choć szanujemy rywali, zwłaszcza niesamowitego Rasmy’ego Al Khalediah. On jest jak wino, im starszy, tym lepszy.

The Clash, który po świetnym występie w Nagrodzie Kozienic przegrał drugie miejsce tylko o szyję z doskonałym Rex of Thunder. Wygląda na to, że ten koń w końcu pokazuje pełnię swoich możliwości.
To prawda. The Clash ma swój charakter, jest nieco delikatny psychicznie, ale w tym roku pracuje bez przerw, jest zdrowy i to procentuje. Myślę, że w tej gonitwie pobiegł najlepszy wyścig w swojej karierze. Był spokojny, zrelaksowany i pokazał, na co go stać. To był występ, który bardzo cieszy.
W ten weekend dosiadałeś Addaga w Nagrodzie Europejczyka, najlepszego konia ze stajni trenera Urbanowskiego. Przegraliście zaledwie o szyję. Jak oceniasz ten występ? Czy można było coś zrobić inaczej?
Myślę, że nie. Wyścig ułożył się dla nas naprawdę super. Było mocne tempo, a ja siedziałem na drugiej pozycji, dokładnie tam, gdzie chciałem. Ruszyłem w idealnym momencie, na ostatnich 400 metrach. Uważam, że to są po prostu bardzo wyrównane konie i o zwycięstwie decyduje dyspozycja dnia. Tego dnia rywal był minimalnie lepszy. Nie mam sobie nic do zarzucenia.
Wspomniałeś, że nie mogłeś nic zarzucić swojemu przejazdowi. Czy zawsze jesteś tak pewny swoich decyzji, czy raczej bywasz wobec siebie krytyczny po wyścigach?
Bardzo. Zawsze analizuję swoje przejazdy. Jeśli przegram wyścig i wiem, że popełniłem błąd, jestem na siebie strasznie zły. Ta sportowa złość i samokrytyka, połączone z optymizmem, chyba dobrze na mnie działają. Uwielbiam studiować wyścigi, oglądam gonitwy z całego świata – z Anglii, Francji. Uczę się od najlepszych, jak Cristian Demuro, z którym kiedyś razem zaczynaliśmy w szkółce dżokejskiej. Myślę, że to ciągłe analizowanie i chęć bycia lepszym to mój klucz do rozwoju.
Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów, a przede wszystkim spełnienia marzenia o Derby.
Dziękuję również.
Michał Kurach
Na zdjęciu tytułowym Stefano Mura i Black Angel
