Od zapaśnika do mentora jeźdźców – wywiad z Pawłem Gluzą

Jego życie to gotowy scenariusz na film. Zaczynał jako zapaśnik w Legii Warszawa, by przez przypadek zakochać się w wyścigach konnych. Jako jeździec poznał smak zwycięstw i gorycz porażek, ale najtrudniejszą walkę stoczył poza torem. Poważny wypadek i druzgocąca diagnoza przerwały jego karierę, ale nie złamały ducha. Dziś Paweł Gluza, były jeździec i trener, odnajduje nową pasję w szkoleniu młodego pokolenia, przekazując im nie tylko tajniki rzemiosła, ale przede wszystkim lekcję niezłomności i miłości do koni. W szczerej rozmowie opowiada o blaskach i cieniach swojej kariery, trudnej walce o powrót do normalności.

Michał Kurach: Chciałbym przedstawić Pana szerszej publiczności, bo choć w środowisku wyścigowym jest Pan postacią znaną, to Pana historia zasługuje na to, by przedstawić ją szerszej grupie osób. Zacznijmy od początku. Co skłoniło Pana, by zostać jeźdźcem? Czy była to dziecięca miłość do koni, czy raczej przypadek?

Paweł Gluza: Od dziecka chciałem być sportowcem. W wieku 11 lat trafiłem do CWKS Legia Warszawa, gdzie przez prawie osiem lat trenowałem zapasy w stylu klasycznym. Zawsze lubiłem rywalizację i walkę. Do koni przyprowadziła mnie moja starsza siostra, Alicja. Na początku przychodziłem z nią do stajni hobbistycznie, dla atmosfery i świeżego powietrza, ale wtedy jeszcze mnie to tak nie wciągnęło. Prawdziwym impulsem było jej małżeństwo z dżokejem Robertem Karkosą w 1998 roku. Zacząłem przychodzić na jego wyścigi i zakochałem się w tej rywalizacji, atmosferze i samej jeździe. Mając 16 lat, w wolnych chwilach od szkoły, zacząłem uczyć się jeździć konno. Trafiłem do trenera Andrzeja Walickiego, gdzie bardzo wiele nauczył mnie zarówno on, jak i Stanisław Karkosa – ojciec Roberta. W wieku 17 lat, w 2001 roku, pojechałem w swoim pierwszym wyścigu na klaczy o symbolicznej nazwie Nowa Miłość. I to właśnie wtedy ta miłość do koni narodziła się we mnie na dobre.

Wspomniał Pan o zapasach. To sport, który doskonale rozwija równowagę, balans ciała i koordynację, czyli cechy kluczowe dla jeźdźca wyścigowego. Czy trening zapaśniczy ułatwił Panu start w nowej dyscyplinie?

Zdecydowanie tak. Byłem bardzo sprawny fizycznie, a dzięki zapasom nie miałem problemów z utrzymaniem niskiej wagi, co jest niezwykle ważne w tym zawodzie. Wszystko przyszło mi bardzo szybko. W stajni trenera Walickiego jeździł wtedy dżokej Janusz Kozłowski, który również wiele mnie nauczył podczas pierwszych galopów. To właśnie on, razem z trenerem, zaproponował mi pierwszy dosiad na Nowej Miłości. Minęło zaledwie kilka miesięcy od rozpoczęcia nauki jazdy, a ja już startowałem w wyścigu.

Przez lata kariery zanotował Pan blisko 700 startów i 58 zwycięstw. Jak z perspektywy czasu ocenia Pan swoje kolejne etapy rozwoju jako jeźdźca – od ucznia, przez starszego ucznia, aż po kandydata dżokejskiego?

Pierwsze zwycięstwa przychodziły mi z trudem. Na początku sukcesem było dla mnie zajęcie płatnego miejsca, ścigając się w Warszawie wyłącznie z doświadczonymi dżokejami, bo wtedy nie było jeszcze wyścigów uczniowskich. W 2004 roku wyjechałem do Niemiec, do stajni, gdzie pracowała moja siostra z mężem. Ten prawie półtoraroczny pobyt dał mi ogromne doświadczenie. Po powrocie, przełomowy okazał się rok 2007, kiedy wygrałem osiem gonitw i zdobyłem tytuł starszego ucznia. To był moment, w którym złapałem wiatr w żagle. Jako starszy uczeń mogłem już jeździć w gonitwach pozagrupowych i na koniach debiutujących, co otworzyło przede mną nowe możliwości.

Co konkretnie dał Panu wyjazd do Niemiec? Czym różnił się tamten świat wyścigowy od polskiego?

Po zapasach byłem dość mocno umięśniony, przez co trudno mi było utrzymać wagę na poziomie 54-55 kg. Jeździłem trochę siłowo. W Niemczech zetknąłem się z końmi znacznie mocniejszymi, których nie dało się kontrolować siłą. Tam, obserwując innych dżokejów i słuchając rad siostry, nauczyłem się technicznej jazdy – opartej na równowadze, balansie ciała i „rozmowie” z koniem. To już nie była siła, a technika. Po powrocie do Polski zacząłem inaczej jeździć, mięśnie naturalnie zeszły, waga spadła i to mnie odblokowało. Do tego doszło trochę szczęścia, dobre zapisy i nagle, w jednym sezonie, wygrałem osiem wyścigów.

Czy w trakcie kariery miał Pan swojego ulubionego konia? Takiego, z którym nawiązał Pan szczególną więź?

Nauczyłem się, że w tym zawodzie konie przychodzą i odchodzą po sezonie z różnych powodów. Dlatego starałem się nie przywiązywać emocjonalnie do jednego wierzchowca, traktując wszystkie z równym szacunkiem i sympatią. Jednak jeśli miałbym wskazać tego jednego, szczególnego konia, byłaby to klacz Amorena. Kiedy zaczynałem karierę trenerską, pojechałem z właścicielem wybierać konie do treningu. Gdy zobaczyłem ją w boksie, od razu się w niej zauroczyłem. Może nie była wybitnym wyścigowcem, ale bardzo miło wspominam współpracę z nią.

A czy jest jakaś gonitwa, która szczególnie zapadła Panu w pamięć?

Najmocniej pamiętam wyścig w Nagrodzie Golejewka w 2009 roku na klaczy Princess of Leone. Zapisali mi dosiad bez bata, bo była to delikatna i trudna w prowadzeniu klacz. Zająłem trzecie miejsce, tracąc niewiele do walczących o zwycięstwo doskonałych koni. Czułem, że pojechałem świetny wyścig. Niestety, na kolejny start właściciel postanowił zmienić jeźdźca. Pojechał dżokej i wygrał z łatwością. To był moment, w którym coś we mnie pękło. Czułem się bardzo niedoceniony.

W pewnym momencie, równolegle z karierą jeźdźca, zdecydował się Pan na zdobycie licencji trenerskiej. Skąd taka decyzja?

To była chęć spróbowania czegoś nowego. Byłem już po doświadczeniach w Niemczech i Francji, poznałem właściciela, który chciał razem ze mną wejść w świat wyścigów. Przez kilka miesięcy pracowaliśmy razem. Doświadczenie jeźdźca na pewno pomaga w trenowaniu koni, bo daje lepsze wyczucie i zrozumienie zwierzęcia, ale kluczowe jest to „coś” – intuicja, którą trzeba mieć w sobie. Można być świetnym dżokejem, a nie mieć talentu do trenowania, i odwrotnie. Najlepsi trenerzy w historii, jak Andrzej Walicki czy Maciej Janikowski nie byli jeźdźcami.

Patrząc wstecz na swoją karierę, czy jest coś, co zrobiłby Pan inaczej? Jakiś błąd, którego dziś by Pan nie popełnił?

Z perspektywy czasu widzę, że kariera za bardzo przysłoniła mi życie prywatne. Chciałem jeździć jak najwięcej, wygrywać. Spędzałem całe dnie w stajni, od świtu do nocy, a po powrocie do domu czekał mnie jeszcze trening – bieganie, ćwiczenia. W międzyczasie wziąłem ślub, urodziło mi się dziecko. Finansowo wszystko się zgadzało, ale w domu byłem obecny tylko fizycznie. Nie było mnie jako męża i ojca. Sztuką jest połączyć życie rodzinne z tak wymagającym zawodem, zwłaszcza gdy partner nie jest związany ze środowiskiem. To był mój błąd – zaprzepaściłem część prywatnego życia dla kariery, co ostatecznie doprowadziło do rozwodu.

W 2019 roku uległ Pan poważnemu wypadkowi, który zakończył Pana karierę jeździecką i trenerską. To musiał być ogromny cios.

Spadłem z konia w pełnym galopie na beton. Nic nie złamałem, ale mocno się potłukłem i zacząłem odczuwać ból w biodrze. Okazało się, że wypadek uaktywnił chorobę – martwicę głowy kości udowej, która rozwijała się we mnie od lat. Mój tryb życia, diety, wszystko to przyspieszyło jej postęp. Z człowieka, który całe życie był aktywny fizycznie, stałem się osobą poruszającą się na wózku inwalidzkim. Przeżyłem ogromne załamanie.

Jak poradził Pan sobie z tą traumą? Co dało Panu siłę, by się nie poddać?

Przez dwa lata nie mogłem normalnie funkcjonować. To był bardzo trudny czas. Impulsem do walki okazało się wsparcie, jakie otrzymałem od środowiska wyścigowego. Musiałem przełamać dumę i poprosić o pomoc, bo zostałem bez środków do życia. Odpowiedź była niesamowita. Pomagali mi ludzie, którzy mnie znali, ale też zupełnie obcy, związani z końmi. Właścicielka jednej ze stajni zorganizowała dla mnie zbiórkę. To mnie ogromnie podbudowało. Po dwóch operacjach, jeszcze o kulach, zacząłem jeździć po Polsce i organizować zajęcia przybliżające świat wyścigów.

I tak narodził się pomysł na nową ścieżkę – edukację i mentorowanie młodych jeźdźców?

Tak, ktoś podsunął mi ten pomysł. Zauważyłem, że mam dar przekazywania wiedzy. Zacząłem pracować jako instruktor jazdy konnej, a potem naturalnie wróciłem do tego, na czym znam się najlepiej – do wyścigów. Dziś skupiam się na szkoleniu młodych adeptów jeździectwa wyścigowego. Przekazuję im swoją wiedzę, doświadczenie i staram się podchodzić do każdego indywidualnie, pracując nie tylko nad techniką, ale też nad psychiką i przygotowaniem fizycznym.

Jak ważny jest aspekt mentalny w tym sporcie?

Kluczowy. Mam podopiecznych, z którymi na każdych zajęciach przerabiam temat: „pewność siebie jeźdźca”. Ciągłe motywowanie, podtrzymywanie wiary w siebie mimo braku dosiadów czy porażek, to stały element mojej pracy. Ten sport wymaga ogromnej odporności psychicznej i cierpliwości. Jedni mają to w sobie naturalnie, inni potrzebują stałego wsparcia, żeby utrzymać stabilną formę psychiczną.

Obserwując Pana pracę z Zuzanną Mosoń czy Anią Dąbrowską, widać, że kładzie Pan ogromny nacisk na fundamenty – równowagę, dosiad, pracę z ciałem. To coś, czego często brakuje w polskim jeździectwie.

Dla mnie najważniejsze jest to, żeby jeździec nie przeszkadzał koniowi, a jeśli może – to żeby mu pomógł. 90% sukcesu w wyścigu to praca głową – taktyka, umiejętność przeprowadzenia konia przez dystans bez popełniania błędów. Reszta to fizyczność i technika. Mamy specjalnie skonstruowanego, mechanicznego konia, na którym ćwiczymy dosiad i równowagę w różnych warunkach. Zaczynaliśmy od zwykłej beczki, na którą sypałem piasek, by symulować opór konia. Uczę, jak pracować z wodzami, jak używać balansu ciała, a nie siły. Kategorycznie odradzam na przykład „klepania zadu w siodło”, które niszczy koński kręgosłup. Tłumaczę, że technika i płynność ruchu są znacznie skuteczniejsze niż siłowe rozwiązania. To ciężka, systematyczna praca, ale tylko ona przynosi efekty.

Właśnie w minioną niedzielę zobaczyliśmy wspaniałe efekty Pana pracy. Mówię tu o zwycięstwie Zuzanny Mosoń na klaczy Grace. To z pewnością owoc jej ciężkiej pracy i wsparcia ojca, ale też Pana treningu. Jakie to było uczucie, widzieć swoją podopieczną mijającą celownik jako pierwsza?

Zuzanna Mosoń i Grace mijają celownik jako pierwsze

Poczułem takie wewnętrzne wzruszenie i dumę. To było potwierdzenie, że wizja jazdy, którą trenowaliśmy przez trzy lata, przyniosła efekt. Zuzanna pojechała idealnie taktycznie, a przy tym bardzo elegancko i technicznie poprawnie. Wszystko wyglądało płynnie, w pełnej harmonii z ruchem konia. Na prostej w ani jednym momencie nie przeszkadzała klaczy, a wręcz jej pomagała, co było widać po tym, jak Grace walczyła do samego końca.

Styl tej wygranej zrobił wrażenie na obserwatorach. To nie była tylko niespodzianka na celowniku, ale przede wszystkim pokaz pięknej jazdy. Czy miał Pan okazję porozmawiać z Zuzanną po wyścigu?

Zamieniliśmy kilka słów. Była oczywiście przeszczęśliwa, może nawet trochę w niedowierzaniu, że wszystko tak idealnie się ułożyło. Powiedziała, że wykonała dyspozycje trenera i starała się dostosować styl, który ćwiczymy, do galopu Grace. Droga, którą przeprowadziła klacz była optymalna. Na prostej rytmicznie ją posyłając klacz, stała się z nią jednością, a to jest w tym sporcie najpiękniejsze i najskuteczniejsze, pozwolić koniowi dać z siebie wszystko.

Co trzeba zrobić, by przyciągnąć do tego sportu więcej ludzi – zarówno widzów, jak i młodych zawodników?

Wyścigi mają potencjał, by konkurować z innymi formami rozrywki, bo ludzie lubią grać, a emocje na torze są nieporównywalnie większe niż przy losowaniu totolotka. Problemem jest popularyzacja. Kiedy byłem we Francji, na jednej ulicy były trzy bary, gdzie można było obstawiać gonitwy. U nas takich miejsc praktycznie nie ma. Trzeba ułatwić dostęp do gry i bardziej ją reklamować. Jednak największym wyzwaniem są finanse. Często koń nie jest w stanie zarobić na swoje utrzymanie, więc właściciele dokładają do interesu, a trenerzy nie mogą podnieść stawek. To tworzy błędne koło: brakuje pieniędzy na zatrudnianie i szkolenie personelu, wszystko opiera się na barkach garstki pasjonatów.

Jak widzi Pan swoją przyszłość?

Chcę cieszyć się życiem, zdrowiem i tym, że mogę chodzić i być blisko koni. Czerpię ogromną satysfakcję z pracy z młodzieżą. Widzę, że moje metody się sprawdzają, a chętnych na treningi przybywa. To daje mi motywację do dalszego działania. Na co dzień pracuję jako koniuszy w stajni trenera Wiaczesława Szymczuka, gdzie również mam ogromne wsparcie i zrozumienie dla mojej sytuacji zdrowotnej.

Co powiedziałby Pan młodemu człowiekowi, który marzy o karierze dżokeja? Co jest takiego wyjątkowego w tym sporcie?

Przede wszystkim to niepowtarzalna adrenalina, którą można porównać chyba tylko do skoków narciarskich czy Formuły 1. To uczucie panowania nad pędzącym 60 km/h zwierzęciem, które waży pół tony i słucha każdego twojego sygnału – to coś wspaniałego. Do tego dochodzi rywalizacja, walka o pozycję, smak zwycięstwa i doping tysięcy kibiców. Ale żeby to osiągnąć, potrzeba systematyczności, cierpliwości i nieustannej pracy nad sobą – zarówno fizycznej, jak i psychicznej. I najważniejsze: nigdy nie wolno tracić wiary w siebie.

Dziękuję za rozmowę i życzę realizacji planów.

Dziękuję.

Michał Kurach

Na zdjęciu tytułowym Paweł Gluza z Zuzanną Mosoń po pierwszym wygranym wyścigu w karierze młodej amazonki.

Udostępnij

Powiązane artykuły

Zbliżające się wydarzenia

Najnowsze artykuły