Rozmowa z Angeliką Burakiewicz – zwyciężczynią cyklu Women Power Series 2025.
Angelika Burakiewicz z końmi związana jest od wielu lat, a starty w wyścigach rozpoczęła w czerwcu 2023, kiedy na Arkano wzięła udział w gonitwie z cyklu Women Power Series. Rok później, dokładnie w czerwcu 2024, odniosła pierwsze zwycięstwo na koniu Cinamoon. Od tamtego momentu jej kariera rozwijała się błyskawicznie. Świetna postawa Angeliki w wyścigach i regularne dosiady, przede wszystkim w stajni Adam Wyrzyka, sprawiły, że poprzedni sezon zakończyła jako triumfatorka cyklu Women Power Series. Przed tygodniem powtórzyła ten sukces. Ten sezon był dla amazonki szczególny, bo w lipcu, wygrywając na koniu Johnny Double dziesiąty wyścig w karierze, dołączyła do grona starszych uczniów, a zaledwie miesiąc później po raz pierwszy wzięła udział w gonitwie pozagrupowej i … ją wygrała. O tych sukcesach, a także codziennej pracy i marzeniach, rozmawiałam z Angeliką.
Natalia Stasiowska: Serdecznie gratuluję ponownego sukcesu w cyklu Women Power Series. Jak się czujesz z tą wygraną? Czy to był główny cel na ten sezon?
Angelika Burakiewicz: Dziękuję bardzo! To nie był główny cel na ten sezon, ale z każdym kolejnym startem coraz bardziej wierzyłam, że mogę powtórzyć sukces sprzed roku. To daje ogromną satysfakcję i pokazuje, że codzienna praca naprawdę ma sens.
NS: Można powiedzieć, że Twoja kariera jest mocno związana z cyklem Women Power Series. Dwa lata temu pojechałaś swój pierwszy wyścig, przed rokiem odniosłaś pierwszą wygraną, a w lipcu tego roku zwyciężyłaś po raz dziesiąty i tym samym zdobyłaś tytuł starszego ucznia. Każda z tych trzech gonitw była właśnie częścią cyklu Women Power Series. Czy teraz, mając już sporo startów za sobą, odczuwasz jakieś różnice pomiędzy wyścigami w gronie amazonek, a pozostałymi?
AB: W Women Power Series panuje pozytywna atmosfera. Wiadomo, że każda z nas chce wygrać, ale ta rywalizacja jest zdrowa. Jest dużo śmiechu, wsparcia i dobrego klimatu między dziewczynami, dzięki czemu te wyścigi mają swój wyjątkowy urok i startuje się w nich z prawdziwą przyjemnością. W gonitwach otwartych presja jest zdecydowanie większa, bo ścigam się już z doświadczonymi dżokejami i tam liczy się pełne skupienie od startu do mety.

NS: Tę dobrą atmosferę widać też po gonitwie, na wspólnej dekoracji, którą zawsze miło się ogląda. W niedzielę, w finałowym wyścigu tegorocznej serii, startowałaś jako liderka rankingu. Zajęłaś piąte miejsce, ale o szyję przed Tobą finiszowała Agnieszka Tokarek, która w klasyfikacji miała zaledwie kilka punktów mniej. Mijając celownik wiedziałaś już, że utrzymałaś przewagę, czy musiałaś poczekać do oficjalnego ogłoszenia wyniku?
AB: Do końca nie byłam pewna, bo różnice punktowe były minimalne i każdy centymetr mógł zadecydować o końcowym wyniku. W finałowej gonitwie Agnieszka Tokarek wyprzedziła mnie w walce, więc wiedziałam, że zwyciężczynią będzie jedna z nas, ale nie miałam pojęcia która. Kiedy komentator ogłosił wyniki i usłyszałam, że to ja ponownie wygrałam, byłam naprawdę szczęśliwa. Szczerze mówiąc, nastawiałam się raczej na to, że tym razem mogłam przegrać, więc radość była ogromna. Chciałabym pogratulować wszystkim dziewczynom, które brały udział w całym cyklu, bo były naprawdę ambitne i dzielnie walczyły do samego końca. Szczególnie Agnieszce i Oliwce, które zajęły odpowiednio drugie i trzecie miejsce. To był naprawdę piękny sezon dla nas wszystkich.

NS: Jak sama wspomniałaś, ta ubiegła niedziela była dla Ciebie słodko-gorzka. Najpierw wielki sukces w Women Power Series, a chwilę później wypadek na padoku, po którym nie wzięłyście z Glorią Gentis udziału w Wielkiej Warszawskiej. Wyglądało to dość groźnie, czy nic poważnego się nie stało?
AB: Na szczęście ani mi, ani Glorii nic się nie stało. Takie sytuacje są zawsze bardzo stresujące, bo w ułamku sekundy wszystko może się zmienić. Naprawdę było mi przykro, że nie mogłyśmy wystartować w Wielkiej Warszawskiej, tym bardziej, że podchodziłam do tego wyścigu z zupełnie innym nastawieniem niż zwykle – ze spokojną głową, skupiona i wiedząc dokładnie, co chcę zrobić w siodle. Miałam naprawdę dobre przeczucia co do tej gonitwy, dlatego ten niedosyt zostanie ze mną na długo.
NS: Takie sytuacje zdecydowanie nigdy nie są łatwe. Kto jest dla Ciebie największym wsparciem i motywacją w takich momentach?
AB: Największym wsparciem są dla mnie rodzina i najbliżsi. To był wyjątkowy dzień, bo po raz pierwszy mogli przyjechać na Służewiec i zobaczyć mnie na żywo w akcji, więc naprawdę cieszę się, że właśnie wtedy byli przy mnie. Na co dzień staram się takie sytuacje przepracowywać sama. Wiem, że dają mi one siłę – zwiększają pewność siebie i kształtują mnie nie tylko jako jeźdźca, ale też jako człowieka.
NS: Ten rok był dla Ciebie naprawdę intensywny. Minął nieco ponad rok od pierwszej wygranej w karierze, a już odniosłaś pierwszy sukces na poziomie pozagrupowym. Na ogierze Belmond wygrałaś Nagrodę Pink Pearla (kat. B). Opowiedz trochę o tym wyścigu. Pamiętasz jakie emocje Ci towarzyszyły? Po raz pierwszy jechałaś w gonitwie tak wysokiej rangi, a w dodatku był to dosiad w stajni, w której nie jeździsz na co dzień i domyślam się, że przez to presja mogła być znacznie większa.
AB: To był wyjątkowy dzień i bardzo ważny moment w mojej karierze. Czułam ogromne wyróżnienie, ale też dużą odpowiedzialność. Wiedziałam, że muszę zachować zimną głowę i w pełni zrealizować dyspozycje trenera. Belmond spisał się świetnie, a ta wygrana dała mi ogromną satysfakcję i poczucie, że mogę walczyć na równych zasadach z doświadczonymi dżokejami. To był dla mnie naprawdę cenny dowód, że idę w dobrym kierunku.

NS: To był na pewno najważniejszy rangą wyścig w Twojej karierze, a czy masz taki, który zawsze będziesz pamiętać?
AB: Na długo zapamiętam moją pierwszą wygraną na Cinamoonie. To był przełomowy moment, a emocje, które czułam kiedy minęliśmy celownik jako pierwsi, były niesamowite. Pierwsza wygrana jest wyjątkowa, bo trochę otwiera furtkę do kolejnych sukcesów. Ostatnio śmiałam się z koleżanką stajenną, Anią Dąbrowską, która niedawno wygrała swój pierwszy wyścig. Rozmawiałyśmy właśnie o tym, że dopiero po tym pierwszym zwycięstwie naprawdę zaczynasz wierzyć w siebie i w to, że możesz wygrywać. I faktycznie – tydzień po swoim pierwszym zwycięstwie Ania wygrała kolejny wyścig, więc chyba coś w tym jest.
NS: Mam wrażenie, że każdy dżokej ma w swojej karierze takie wyścigi, których nigdy nie zapomni, ale przede wszystkim takie konie, które zostają w pamięci na zawsze. Współpracowałaś do tej pory już z wieloma końmi. Który z nich jest dla Ciebie szczególnie ważny?
AB: Przede wszystkim Cinamoon. To na nim odniosłam swoją pierwszą wygraną, więc zawsze będzie miał dla mnie wyjątkowe znaczenie. To koń z temperamentem, który na treningach pracował sam, bez innych koni. Podczas tych samotnych, wspólnych przejażdżek, kiedy wracaliśmy leśnymi i bocznymi ścieżkami, mieliśmy okazję naprawdę dobrze się poznać. To były dla mnie bardzo cenne chwile, które dużo mnie nauczyły i które zawsze będę miło wspominać.

Równie ważny był dla mnie Adahlen. Na nim wygrałam dwa wyścigi po jego serii nieudanych startów pod innymi jeźdźcami. To doświadczenie dało mi ogromną pewność w siodle i pokazało, że niezależnie od sytuacji potrafię podejmować w wyścigu dobre decyzje, realizować to, co sobie zaplanuję, a przede wszystkim radzić sobie w trudnych sytuacjach i walczyć o sukces.
Oba te konie zakończyły już swoje kariery wyścigowe, więc teraz pozostaje mi tylko śledzić ich dalsze losy i pamiętać o nich. Na zawsze będą w moim sercu.
NS: Sama jesteś też właścicielką dwóch koni. 6-letni Gad zakończył już karierę wyścigową, a dwulatek o imieniu Hold My Wine (Inns of Court – Night Queen / Rip Van Winkle) dopiero ją rozpocznie. Opowiesz coś o nich? Jak Gad czuje się na wyścigowej emeryturze? Jak to się stało, że zostałaś właścicielką młodego konia i kiedy możemy spodziewać się jego debiutu?
AB: Gadzik nie należał do najlepszych koni wyścigowych i widać było, że ściganie się nie sprawia mu frajdy, dlatego podjęłam decyzję o zakończeniu jego kariery. Jest zdrowy i użytkuję go głównie rekreacyjnie. Skaczemy amatorsko przez przeszkody, ćwiczymy podstawy ujeżdżenia, czasem wyjeżdżamy w teren. Jest to mój koń rodzinny i daje mi świetną okazję na oderwanie się od treningów wyścigowych.

Hold My Wine to dwulatek. Stałam się jego właścicielką, bo chciałam obserwować rozwój młodego konia od samego początku i uczestniczyć w całej jego karierze. Rok temu wybrałam się na aukcję Tattersalls w Irlandii, gdzie trener Adam Wyrzyk pomógł mi wybrać odpowiedniego wierzchowca. Od samego początku tylko ja na nim jeżdżę, więc jest moim pupilem i efektem mojego codziennego zaangażowania w jego trening. Jest bardzo grzeczny, spokojny i chętnie współpracuje, co u młodych koni nie jest takie oczywiste. Dzięki temu jego wychowanie i nauka są naprawdę przyjemne, a ja mogę stopniowo wprowadzać go we wszystkie podstawy świata wyścigowego. Planujemy jego debiut w przyszłym sezonie, bo to bardzo duży i późny koń. Mam nadzieję, że wiosną zobaczymy go już na torze.
NS: Hold My Wine trenuje pod okiem Adama Wyrzyka, w którego stajni pracujesz od prawie dwóch lat. Jak wygląda współpraca z jednym z najlepszych trenerów w Polsce?
AB: Bardzo doceniam trenera Adama Wyrzyka za to, że dostrzega zaangażowanie swoich jeźdźców i często daje im szanse startu w wyścigach. To osoba z ogromnym doświadczeniem, sukcesami i autorytetem w świecie wyścigów. Dzięki jego zaufaniu mogę się rozwijać, zdobywać cenne doświadczenie i realizować swoje cele. Trener zawsze potrafi doradzić, wytłumaczyć i wskazać, co mogę poprawić.
NS: Jak przebiega typowy tydzień pracy w ośrodku treningowym w Podbieli?

AB: Praktycznie cały tydzień wygląda bardzo podobnie. Przyjeżdżam rano do stajni i większość dnia spędzam w siodle, bo jeżdżę mniej więcej od 4 do 6 koni dziennie. Po treningach zajmuję się wszystkim, co typowo stajenne – przygotowaniem koni i sprzętu na wyścigi, karmieniem, sprzątaniem i innymi obowiązkami dookoła stajni. Weekend wygląda bardzo podobnie, z tą różnicą, że kiedy mam wyścigi, wychodzę ze stajni trochę wcześniej. Rano i tak zaczynam dzień od przejażdżek, tak samo jak w tygodniu.
NS: We wtorek do Polski przyjechały konie zakupione na aukcji Tattersalls i wiem, że kilka z nich trafiło do waszej stajni. Czy wypatrzyłaś już wśród nich swojego ulubieńca? A może któryś z nich także będzie biegał w Twoich barwach?
AB: Do naszej stajni trafiło siedem koni z aukcji Tattersalls. Oczywiście przyglądałam się im uważnie i już kilka naprawdę przykuło moją uwagę, a najbardziej w oko wpadła mi kobyłka po Sealiway (Sealiway – Kadifa/ Siyouni). Na razie dopiero je poznaję, obserwuję ich zachowanie, charakter i potencjał. Nie planuję większej ilości koni wyścigowych, ale to zawsze ekscytujący moment, kiedy młode konie trafiają do stajni i możemy śledzić ich rozwój.
NS: Realizujesz się już jako jeździec i właściciel. Czy chciałabyś kiedyś spróbować swoich sił także w roli trenerki koni wyścigowych?
Na ten moment całkowicie skupiam się rozwijaniu swojej kariery jako jeździec. Uwielbiam uczestniczyć w wyścigach – czuć adrenalinę, prędkość i emocje towarzyszące każdemu startowi. Oczywiście interesuje mnie też obserwacja koni i ich postęp, ale rola trenera raczej mnie nie pociąga. Brakowałoby mi bezpośredniego udziału w wyścigu i tego wyjątkowego uczucia, kiedy sama staję na starcie.
NS: Myślałaś kiedyś o wyjeździe za granicę, żeby zobaczyć jak wygląda tam praca z końmi i jakie są różnice?
AB: Tak, oczywiście myślałam o wyjeździe za granicę, żeby zobaczyć, jak wygląda praca w innych ośrodkach wyścigowych. Australia wydaje mi się szczególnie ciekawa – wyścigi konne są tam na światowym poziomie, rywalizacja ogromna, a konie i jeźdźcy przygotowywani są w bardzo profesjonalny i wymagający sposób. To świetna okazja, żeby porównać metody treningowe, podejście do koni i codzienną organizację stajni. Moim marzeniem na przyszłość jest spróbowanie pracy jako jeździec właśnie tam – to szansa na zdobycie doświadczenia w zupełnie innym środowisku wyścigowym.
NS: To bardzo ciekawy kierunek i na pewno duża szansa na rozwój. Czy masz jeszcze jakiś cel, który chciałabyś zrealizować do końca tego sezonu, a może jakieś największe wyścigowe marzenie?
AB: Na ten moment moim celem jest dalszy rozwój jako jeździec – chcę prezentować wysoki poziom, doskonalić swoje umiejętności i zdobywać doświadczenie w każdej gonitwie. Każdy start uczy mnie czegoś nowego, podejmowania decyzji w stresie i pracy z różnymi końmi. Moim wyścigowym marzeniem jest, aby kiedyś w przyszłości wygrać ważny, prestiżowy wyścig. Byłoby to naprawdę wyjątkowe osiągnięcie, a taki cel dodaje mi motywacji do codziennej pracy.
NS: Trzymam kciuki za kolejne sukcesy i dziękuję za rozmowę.
AB: Dziękuję.
Rozmawiała Natalia Stasiowska
Na zdjęciu tytułowym Angelika Burakiewicz wraz z ogierem Hold My Wine podczas aukcji (fot. archiwum prywatne)
