Demonstracja siły faworytów na Sha Tin

Tor Sha Tin, położony w geograficznie od nas odległym Hong Kongu, był najważniejszą areną niedzielnych zmagań koni wyścigowych. Był to mityng historyczny, podczas którego czwarte z rzędu zwycięstwo w Hong Kong Cup odniósł niesamowity Romantic Warrior, umacniając się na szczycie listy „najbogatszych” koni na świecie. Swoje zrobił także fenomenalny sprinter Ka Ying Rising, bez najmniejszego trudu wygrywając główny bieg sprinterski. W pozostałych dwóch gonitwach G1 publiczność mogła emocjonować się zdecydowanie bardziej zaciętą walką. Zwycięsko z niej w Hong Kong Mile wyszedł miejscowy Voyage Bubble, a najdłuższy z wyścigów (Hong Kong Vase – 2400 m) zdominowały konie z Europy.

Choć ja osobiście za najlepszego konia trenowanego w Hong Kongu uważam Ka Ying Rising (jest to jednak sprawa nie do rozstrzygnięcia ze względu na inne specjalizacje dystansowe), to największe zainteresowanie musiał budzić start Romantic Warriora (Acclamation – Folk Melody / Street Cry) i główna gonitwa mityngu – Hong Kong Cup (2000 m). Była ona rozgrywana jako ostatnia spośród czterech niedzielnych G-jedynek na Sha Tin. Wspomniany wałach miał pogalopować po swoje dwudzieste (!) zwycięstwo w karierze, czwarte w prestiżowym Hong Kong Cup, a przy okazji wyśrubować i tak już niebotyczną rekordową sumę wygranych, dokładając do niej 2,3 mln funtów. Tak też się stało, zatem ma już „na swoim koncie” 24,344,945 funtów, czyli ponad 32,5 mln dolarów.

Choć niespodzianki nie było, to nie zabrakło dramaturgii. I to nie za sprawą samych koni, czy jakiegoś nieszczęśliwego wypadku, a za sprawą protestującego. Wtargnął on na bieżnię w trakcie wyścigu z banerem nawołującym do przeprowadzenia szczegółowego śledztwa w sprawie listopadowego pożaru na osiedlu Tai Po, w którym śmierć poniosło ponad 150 osób. Szybka reakcja ochrony toru, która unieruchomiła śmiałka na prostej finiszowej bliżej zewnętrznej bariery, zapobiegła tragedii, jaka mogła się wydarzyć, a cały incydent szczęśliwie nie zakłócił przebiegu rywalizacji.

W dystansie siedmiokonną stawkę poprowadził Galen z Irlandii. Za nim biegł Chancheng Glory, a na trzeciej pozycji Romantic Warrior, spokojnie prowadzony przez ogłoszonego niedawno Dżokejem Roku na Świecie (ponownie) Jamesa McDonalda. Wielki faworyt miał tam sporo przestrzeni. Dopiero przed wyjściem na prostą cała stawka mocno się zgrupowała, a nieco z tyłu została jedynie Quisisana pod Soumillonem. McDonald cały czas jechał spokojnie, nie wykonując żadnych specjalnych manewrów. Poprowadził Romantic Warriora szerzej i na finiszu niemal od razu objął prowadzenie. Rywale w komplecie byli już mocno posyłani przez jeźdźców i w zasadzie sprawa zwycięstwa już się rozstrzygnęła.

Po otrzymaniu nieco wyraźniejszego sygnału od jeźdźca, rekordzista przyspieszył. Nie odszedł od konkurentów błyskawicznie, ale stopniowo wzmacniał tempo, wypracowując sobie coraz większą przewagę. Bardzo dobrze finiszował Bellagio Opera (Lord Kanaloa 0 Air Routine / Harbinger), zostawiając pozostałych rywali w tyle. Galopował w tempie bardzo zbliżonym do Romantic Warriora, na którym McDonald w pełni kontrolował sytuację. Mogła podobać się trenowana przez Francisa—Henriego Graffarda we Francji Quisisana (Le Havre – Quamoclit / Sea The Stars), chociaż długo nie mogła „odpalić” na finiszu. Jeszcze 200 m przed słupem była ostatnia, ale Soumillon ostatecznie rozpędził ją tak, że zdołała wydrzeć trzecią lokatę, nadrabiając kilka długości. Na wyższą lokatę szans i tak nie było.

Romantic Warrior wygrał Hong Kong Cup po raz czwarty (fot. HKJC)

Romantic Warrior, który przez 15 miesięcy, między październikiem 2023 a styczniem 2025, był niepokonany, wrócił w listopadzie na bieżnię po 7,5-miesięcznej pauzie. W lutym jego wspaniałą passę przerwał Forever Young, pokonując go po walce w najwyżej dotowanej gonitwie świata – Saudi Cup – tutaj należy podkreślić, że w jedynym dotychczasowym starcie Romantycznego Wojownika na nawierzchni typu dirt. 6 tygodni później bohatera Hong Kongu w Dubai Turf sensacyjnie o nos pokonał japoński Soul Rush. Szczęśliwie kilkumiesięczny odpoczynek i rehabilitacja po kontuzji stawu pęcinowego, nie wpłynęła znacząco na możliwości Romantic Warriora. Pod koniec listopada, w ramach przygotowań do ataku na czwarte zwycięstwo w Hong Kong Cup, łatwo pokonał mocnego Voyage Bubble w Jockey Club Cup G2.

Po czwartej wygranej w HK Cup James McDonald niewiele mógł z siebie wydusić, ale podsumował emocjonalnie – Kocham tego konia. Jest wyjątkowy.

Czy ktoś może zagrozić Ka Ying Risingowi?

To pytanie intrygujące wyścigowy świat. Moim zdaniem, obecnie nie ma takiego konia na świecie, mimo że pięcioletni wałach tylko raz do tej pory został wypróbowany na torze innym niż świetnie sobie znany Sha Tin. Miało to miejsce w październiku, kiedy Ka Ying Rising (Shamexpress – Missy Moo / Per Incanto) wybrał się do Australii na niesamowicie wysoko dotowany wyścig sprinterski The Everest. W niedzielę wałach stawał przed szansą (nie jest to najbardziej adekwatne określenie) na odniesienie szesnastego zwycięstwa z rzędu!

Podopieczny Davida Hayesa regularnie przebiega 1200 m w niespełna 1’08” i tak też było tym razem. Startujący z pierwszego boksu faworyt ruszył świetnie i po chwili był na czele stawki. W poprzednich startach Zac Purton zwykle na nim nie prowadził, ale tym razem nikt nie wyrwał się do przodu. Pięciolatek galopował w swoim, znakomitym tempie, wpadł na prostą w ręku. Na mocniejszy posył odpowiedział skutecznie, odchodząc momentalnie od rywali. Purton na 250 m przed celownikiem sięgnął po bat, spojrzał na rywali i… go schował. Przewaga Ka Ying Raisinga była duża i nadal rosła. Na ostatnich 100 metrach dżokej zaprzestał intensywnej jazdy, więc wałach wygrał o niespełna 4 długości w czasie 1’07,7”. Siedemnasta wygrana w 19 startach. Szesnasta z rzędu. Nie wierzę, że na tym koniec, a może to dopiero początek?

Walka o drugą lokatę była bardzo zacięta. Fast Network (Wrote – Alberta / Magic Albert), który w dystansie biegł za faworytem, długo utrzymywał drugie miejsce. James McDonald zrobił wszystko dobrze, ale trochę im zabrakło do szczęścia. Tuż przed metą pokonał go atakujący ze środka stawki Raging Blizzard (Per Incanto – Perfect Beat / Magnus). Zaraz za nimi finiszował Lucky Sweynesse (Sweynesse – Madonna Mia / Red Clubs). Ciekawostka – w ten sposób cztery pierwsze miejsca zajęły konie wyhodowane w Nowej Zelandii, kolejne cztery były folbluty australijskie, którym rady nie dały irlandzkie i japońskie.

Zac Purton zaraz po biegu podzielił się refleksjami – Nie miałem jakiegoś zdecydowanego założenia na ten wyścig, innego niż utrzymanie się z przodu. Byłem zaskoczony, że prowadzimy. Później cieszyłem się, że utrzymujemy pierwsze miejsce, a kiedy spojrzałem na telebim, byłem daleko z przodu! – po chwili dodał jeszcze, nawiązując do wygranej sprzed roku – Tego wszyscy chcieli. W ubiegłym roku był w końcówce „pusty”, ale w tym pokazał wszystkim, co naprawdę potrafi.

Tutaj warto wspomnieć, że utytułowany dżokej w tygodniu był mocno odpytywany przez dziennikarzy odnośnie zagranicznych startów sprinterskiego czempiona w przyszłości. Na hasło „Royal Ascot” zdecydowanie odparł, że taka wyprawa nie ma większego sensu, ze względu na mało atrakcyjne pule nagród w tych gonitwach. Niewątpliwie za rok Ka Ying Raising ma na celowniku ponownie australijski The Everest. Wydaje mi się, że prędzej niż w Europie, możemy zobaczyć go na Bliskim Wschodzie…

Purton i zwycięska podróż na milę

To był świetny dzień dla Zaca Purtona, który po kilkudziesięciu minutach świętował jeszcze jeden sukces, jednak wymagający zdecydowanie więcej wysiłku. Dosiadany przez niego Voyage Bubble, podobnie jak Romantic Warrior i Ka Ying Rising, obronił tytuł wywalczony przed rokiem. W jego przypadku chodzi o Hong Kong Mile. 7-latek to kolejny niezwykle mocny reprezentant wyścigowego świata, trenowany w Hong Kongu.

Siedmioletni Voyage Bubble (Deep Field – Raheights / Rahy) urodził się w Australii, ale tylko dwa razy w karierze wystartował poza Sha Tin i te wyprawy, co gryzie się z jego imieniem, nie kończyły się pomyślnie – trzynastym miejscem w Dubai Turf na Meydan oraz dopiero siedemnastą lokatą w Yasuda Kinen w Tokio. Wcześniej wygrywał sporo w Hong Kongu, triumfując między innymi w Derby, a po powrocie z wyjazdów, spisywał się jeszcze lepiej. Rok temu w Hong Kong Mile pokonał japońskiego Soul Rusha, z którym tym razem miał zmierzyć się ponownie. Pod koniec listopada Voyage Bubble spotkał się z Romantic Warriorem w Jockey Club Cup, ale legendarny rywal nie dał mu szans. Mimo wszystko występ derbisty należało ocenić bardzo wysoko, dlatego dla mnie obrońca tytułu był faworytem, natomiast na torze mocniej od niego liczony był pięcioletni My Wish (Flying Artie – Set The Tone / Reset).

Powtórka sprzed roku – Voyage Bubble finiszuje przed Soul Rushem w Hong Kong Mile (fot. HKJC)

Bohaterowie sprzed roku, Voyage Bubble oraz Soul Rush, w dystansie ustawili się zaraz za prowadzącym Pray For Mir. Na prostej oba dołączyły do lidera, ale ten długo się nie poddawał. Spasował dopiero na ostatnich 200 m. Dość wyraźnie pierwszy po chwili był Soul Rush, ale Voyage Bubble po chwili zaczął zmniejszać dystans. Centymetr po centymetrze się zbliżał, a następnie wysuwał do przodu, by wygrać o 0,5 dł. przed rywalem, który tym razem postawił mu się jeszcze mocniej niż przed rokiem. Trzeci był Red Lion (Belardo – Crystal Idea / Namid) przed gościem z Europy – Docklandsem (Massaar – Icky Woo / Mark of Esteem).

– Myślę że pokazał wszystkim, jakim koniem jest – mówił o Voyage Bubble po biegu Zac Purton. – Ma tak ogromne serce, zawsze jest gotowy do walki. Jest w cieniu dwóch wielkich, Romantic Warriora oraz Ka Ying Risinga, niestety, ale ma wszelkie prawo być nazywany niezwykle dobrym koniem.

Europa poza zasięgiem w Hong Kong Vase

Jedynym wyścigiem z wielkiej czwórki, którego nie wygrał ubiegłoroczny zwycięzca, a także jedynym, w którym nie triumfował koń miejscowy był w niedzielę Hong Kong Vase (2400 m). Ale wcale nie tak wiele brakowało, by i w tym przypadku wygrał obrońca tytułu, czyli trenowany przez Marco Bottiego Giavellotto (Mastercraftsman – Gerika / Galileo). Mimo kapitalnego niedawnego występu w Łuku (czwarty, 6 dł. za Daryzem), na Sha Tin większe szanse przyznawano trenowanemu przez Andre Fabre’a Sosiemu (Sea The Stars – Sosia / Shamardal), który na Longchamp finiszował o szyję przed nim. Ich zbliżone obecnie możliwości i forma się potwierdziły, choć w walce znalazły się też inne konie z Europy.

Dosiadany przez Maxime’a Guyona Sosie zaatakował na prostej jako pierwszy, kiedy lider Urban Chic zaczął odpadać, a Los Angeles nie potrafił tego wykorzystać. Do walki rzucił się także drugi koń z Francji, Goliath (Adlerflug – Gouache / Shamardal). Polem ruszyły dynamicznie Giavellotto oraz Al Riffa (Wootton Bassett – Love On My Ming / Galileo). Ta czwórka rozgrywała między sobą walkę o zwycięstwo. Ok. 0,75 dł. przewagi wypracował sobie Sosie. To wystarczyło, gdyż przez ostatnie 200 m żaden z zaciekle walczących rywali nie potrafił zniwelować tej różnicy. Giavellotto ostatecznie był drugi, a Goliath minimalnie pokonał Al Riffę w walce o trzecią lokatę.

Dla duetu Fabre – Guyon była to powtórka sukcesu z 2023 r., gdy Hong Kong Vase wygrał Junko (Intello – Lady Zuzu / Dynaformer), podobnie jak Sosie reprezentujący barwy stajni braci Wertheimerów.


Krzysztof Romaniuk

Na zdjęciu tytułowym Ka Ying Rising wygrywający po raz drugi Hong Kong Sprint (fot. HKJC)

Udostępnij

Powiązane artykuły

Zbliżające się wydarzenia

Najnowsze artykuły