Zrozumieć konie, by zwyciężać – rozmowa z Karin van den Bos

Trening na plaży o wschodzie słońca, zaglądanie w głąb końskiej psychiki i dobrze zgrany zespół. Tak wygląda świat Karin van den Bos, trenerki od lat odnoszącej sukcesy w wyścigach koni arabskich. Po tym, jak jej podopieczni zajęli drugie miejsca w dwóch najważniejszych gonitwach na warszawskim Służewcu, pytamy o sekret sukcesu, który tkwi w czymś więcej niż tylko we wrodzonej szybkości.

Michał Kurach: 24 sierpnia w Warszawie wystartowały cztery Pani konie. Chciałbym zapytać o Lightning Thundera, który podyktował bardzo mocne tempo na pierwszych sześciuset metrach. Czy taktyka zakładała, że będzie on rozprowadzał Power Bolta?

Karin van den Bos: Tak, użyliśmy go, aby nadać wyścigowi odpowiednią prędkość z korzyścią dla Power Bolta. To było również dobre dla samego Thundera, aby „otworzył płuca”.

To był pierwszy start Lightning Thundera w tym sezonie – co było tego powodem? W zeszłym roku biegał niezwykle skutecznie w gonitwach G2 i G3, choć końcówka roku była chyba nieco słabsza. Czy zmagał się z jakimiś problemami zdrowotnymi?

Rzeczywiście, to był jego pierwszy tegoroczny start. Poprzedni sezon, w którym wygrywał w Maroku i Pizie, był dla niego być może zbyt długi. Już w Pizie miał problemy z kopytem – wdała się infekcja bakteryjna. Jedynym sposobem na wyleczenie było założenie specjalnych ochraniaczy, ale przez to jego kopyta stały się nieco delikatniejsze. Nie wiem dokładnie, jak doszło do urazu, być może stało się to jeszcze u poprzedniego trenera. Mimo to, koń świetnie się rozwinął. Z trudnego konia stał się bardzo spokojny i miły w obejściu. Uwielbia trenować i kocha się ścigać, jest bardzo lojalny. W Warszawie jego zadaniem było nadawanie tempa i przetarcie przed kolejnymi startami.

Przejdźmy do Power Bolta. W trakcie wyścigu dwukrotnie wyłamywał, chowając się za rywalami. Czy uważa Pani, że mimo tego zachowania, miał szansę na zwycięstwo w tym biegu?

Power Bolt drugi.

Miał potencjał, by wygrać, ale nie pokazał pełni swoich możliwości. To trudny koń, z którym świetną pracę wykonał jego poprzedni trener, Michał Borkowski. Wcześniej biegał w okularach, które pomagały mu się skupić. W Warszawie postanowiliśmy poeksperymentować: zdjęliśmy okulary, a założyliśmy mu nauszniki i baranki (cheek pieces). Niestety, bez pełnych okularów koń zaczął się rozglądać i chować za rywalami. Wrócimy do sprawdzonego rozwiązania i zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Lightning Thunder i Power Bolt to pełni bracia. Czy tak bliskie pokrewieństwo przekłada się na podobieństwa charakteru lub sposób treningu?

Nie, zupełnie nie są do siebie podobni, mają różne temperamenty. Jak wspomniałam, Power Bolt jest bardziej skomplikowany. To bardzo miły koń, uwielbia pieszczoty, ale podczas wyścigów staje się nerwowy. Znam dobrze linię żeńską, z której pochodzi – matka miała podobne cechy. Power Bolt, tak jak ona, osiąga bardzo wysokie tętno, przekraczające 240 uderzeń na minutę.

Czy planuje Pani przyjechać z którymś z nich do Polski jeszcze w tym roku?

Jeszcze nie wiem, zobaczymy. Dopiero co wróciliśmy i musimy ocenić, jak konie się zregenerują. Prawdopodobnie wrócimy z oboma, ale to zależy od kalendarza wyścigowego w Europie.

Jakie cele wyznaczyła sobie Pani dla klaczy Bayesa i Chocolatebliss w Nagrodzie Europy?

Start do Nagrody Europy. Bayesa skrajnie po lewej, a Chocolatebliss po prawej.

Jeśli chodzi o Chocolatebliss, jej problemem w tym wyścigu było to, że koń idący po zewnętrznej zepchnął konia biegnącego obok, a ten z kolei wepchnął moją klacz na bandę. Bardzo się przestraszyła i straciła ochotę do dalszej walki. To była dla niej traumatyczna sytuacja. Zajmowała dobrą pozycję z przodu, co jest u niej rzadkością, bo zwykle zostaje na starcie. Dżokej wykonał świetną pracę, ale przez ten incydent stracił wszystko. Wielka szkoda.

Przejdźmy do klaczy Bayesa. W swoim drugim starcie w życiu zajęła siódme miejsce w gonitwie G3. Teraz, w Warszawie, na wymagającym dystansie, zajęła drugą lokatę. Jak ocenia Pani jej potencjał?

Bayesa robi bardzo ładne postępy, jest bardzo dobrą klaczą, ¾ siostrą Chocolatebliss. Mają tę samą matkę, A L’Ombre del Sol, która teraz jest własnością polskiego hodowcy. Bayesa ma w sobie mnóstwo ducha walki, podczas gdy Chocolatebliss wciąż musi nauczyć się koncentracji na wyścigu. Jej drugie miejsce w Warszawie było świetnym wynikiem. Dżokej spisał się doskonale, ale wygrana z Rasmy’m Al Khalediah była tego dnia niemożliwa. Jesteśmy bardzo zaskoczeni i zadowoleni z jej postępów.

Jak ocenia Pani poziom polskich wyścigów arabskich na tle Holandii?

W Polsce jest znacznie więcej wyścigów i są one bardzo zróżnicowane. Bardzo podoba mi się, że organizujecie gonitwy dla koni o rodowodach pokazowych – to zupełnie inny poziom, ale wspaniale się to ogląda. W Holandii jakość bywa podobna, ale wszystko zależy od tego, czy startują konie z zagranicy i w jakiej są kondycji. Nie mamy tyle koni, co wy. To, co bardzo mi się w Polsce podoba, to oprawa medialna – studio, wywiady, informacje przekazywane publiczności. Wygląda to bardzo profesjonalnie. PKWK i Tor Służewiec dostarcza wielu informacji, co ułatwia zagranicznym właścicielom śledzenie wyścigów na żywo. Szkoda tylko, że wszystko jest po polsku. Gdyby istniała angielska wersja komentarza, Polska przyciągnęłaby znacznie więcej klientów i wyścigi mogłyby się jeszcze bardziej rozwinąć.

Konie, które Pani trenuje, startują pod barwami Rafała Płatka. Jak wygląda Wasza współpraca?

Rafał bardzo mnie motywuje. Chciałam już zrezygnować z wyścigów, ponieważ pracuję z końmi w sposób holistyczny i chciałam rozwijać się także w pracy z ludźmi. On jednak powstrzymał mnie i namówił do powrotu. Z jednej strony cieszę się, ale z drugiej mam poczucie, że nie mogę rozwijać się w innym kierunku i znów trafiam w sytuacje stresowe, których bardzo nie lubię. Są pewne aspekty tego sportu, które mi nie odpowiadają, a jednocześnie wyścigi wciąż są moją wielką pasją.

Pani nazwisko jest doskonale znane w świecie wyścigów koni arabskich. Jak zaczęła się Pani przygoda z treningiem?

Zaczęłam jeździć konno w wieku sześciu lat, na oklep. W wieku dziesięciu lat wystartowałam w swoim pierwszym wyścigu na kucu szetlandzkim i od razu pokochałam prędkość. Już wtedy fascynowały mnie konie arabskie. Kiedy dorosłam, miałam jednego konia pokazowego, ale szybko wciągnęły mnie wyścigi i zaczęłam trenować własne konie. Jak każdy początkujący trener popełniałam błędy, lecz z czasem zrozumiałam, że lepiej trenować konie na prostej bieżni, aby oszczędzać ich stawy. Trafiłam do trenera koni pełnej krwi, który miał też kilka arabów. Wiele się od niego nauczyłam. W tamtym czasie pracował u niego bardzo młody Adrie de Vries, który już wtedy zdradzał ogromny talent.

Co sprawiło, że wybrała Pani konie arabskie, a nie pełnej krwi angielskiej?

Podobały mi się folbluty, ale odkryłam, że nie stanowią takiego wyzwania jak araby. Konie arabskie są znacznie inteligentniejsze, myślą, bywają trudne i wymagają szczególnego podejścia w treningu. To zupełnie inne konie, także dla dżokejów. To nie jest tak, że po prostu się wsiada i jedzie. Arab często się rozgląda, jest ciekawy świata. Właśnie to stało się moją pasją. Przeszłam od koni pokazowych do wyścigowych i pokochałam trenowanie właśnie ich. Aby odnosić sukcesy, trzeba zrozumieć umysł konia i sprawić, by chciał dla ciebie pracować. To jest prawdziwe wyzwanie.

Jak opisałaby Pani swoją filozofię treningu?

Preferuję trening na prostej, ponieważ mniej obciąża stawy w zakrętach i pozwala utrzymać konie w zdrowiu. W Holandii trenuję na plaży. W treningu stosuję system monitorowania pracy serca. Uważam, że informacja jest kluczowa. Dzięki temu dokładnie znam kondycję koni, widzę, jakie postępy robią i wiem, kiedy mogą dać z siebie więcej, a kiedy potrzebują odpoczynku. To przynosi świetne rezultaty i szkoda, że niektórzy trenerzy wciąż trzymają się metod z zeszłego wieku. Ważne jest też dla mnie, aby konie spędzały czas na zewnątrz, na padokach. Wiem, że dla wielu trenerów to trudne, ale to je relaksuje. Koń, który stoi cały dzień w boksie, ma zupełnie inną mentalność. Jego jedyną aktywnością jest trening, więc na niego czeka. Koń, który wychodzi na padok, cieszy się naturą, może jeść trawę, ruszać się. Jest szczęśliwszy, ale jednocześnie trudniej jest go skoncentrować na wyścigu. Trzeba znaleźć odpowiedni balans. Moje konie jedzą zioła, które rosną na pastwiskach, co jest dobre dla ich umysłu i ciała. Nie muszą wtedy trenować codziennie.

Ma Pani na koncie zwycięstwa w gonitwach G1. Które najbardziej zapadło Pani w pamięć?

Pamiętam pierwsze wielkie zwycięstwo w Chantilly z Makfoul de Breuil. Wygrałam gonitwę G1, czego się nie spodziewałam, chociaż wiedziałam, że jest w niesamowitej formie i świetnie się regeneruje. Innym pamiętnym momentem była wygrana w Newbury z Lightning Boltem pod Olivierem Peslierem, a także zwycięstwo w Derby w Doncaster, również z Lightning Boltem, ale pod Adrie de Vriesem, kiedy pokonaliśmy Oliviera. Niezwykłym doświadczeniem były też wyścigi na śniegu, na zamarzniętym jeziorze w Sankt Moritz. To niebezpieczne, ale Alibaba del Sol, który ma teraz 20 lat, uwielbiał to.

Czy nagroda „Best Trainer” podczas Darley Awards zmieniła coś w Pani karierze?

Otrzymałam nagrodę Darley, kiedy po raz pierwszy otwarto ją dla uczestników międzynarodowych, zostając najlepszą trenerką na świecie. Rok czy dwa później zdobyłam ją ponownie – najpierw jako właścicielka, a potem znów jako trenerka. To miłe wspomnienia, ale dziś staram się patrzeć w przyszłość. Najważniejsze jest dla mnie to, że mam ogromne doświadczenie, czuję konie i wiem, jak je przygotować. Dbam o to, by ich ciała pozostawały w idealnej równowadze. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak istotne jest na przykład prawidłowe ułożenie pierwszego żebra – jego przemieszczenie ogranicza ruchomość łopatki, a w konsekwencji skraca wykrok. Jeśli ciało konia jest ustawione prawidłowo, ryzyko kontuzji znacząco maleje.

Jak wygląda typowy dzień w Pani stajni?

Nie trenujemy koni codziennie. Wyjątkiem są trzylatki, ale i w ich przypadku moją nadrzędną strategią jest unikanie bólu i kontuzji. Zanim zaczną galopować na torze, muszą najpierw wzmocnić nogi. To niezwykle ważne, aby u młodego konia nie rozwinęły się problemy, które mogłyby przerodzić się w chroniczne dolegliwości. Konie, które spędzają czas na zewnątrz, nie pracują każdego dnia – dostają wolne na regenerację mięśni. Mój system treningowy jest wymagający czasowo: trening jednego konia na plaży trwa niemal dwie godziny. Wiele nauczyłam się od znakomitego trenera kłusaków, który pokazał mi specjalne metody pracy. Od tamtej pory je stosuję i obserwuję ogromną poprawę.

Czy świat wyścigów arabskich przeszedł przemiany od początku Pani kariery?

Bardzo wiele się zmieniło. Zaczynałam w 1991 roku od czysto egipskich linii pokazowych. Kiedy zobaczyłam konie z Francji, byłam w szoku, bo wyglądały zupełnie inaczej. Zrozumiałam wtedy, że nie da się wygrywać wyścigów koniem mającym tylko piękną głowę. Jakość koni wyścigowych bardzo się poprawiła. Koń, którego wyhodowałam dziesięć lat temu, dziś nie nadawałby się już do rywalizacji na torze. Trzeba podążać za najlepszymi liniami krwi, bo w hodowli to podstawa. Ogromny wkład w rozwój wyścigów arabskich mieli Sheikh Mansour Bin Zayed i Lara Sawaya – to dzięki nim pojawiło się więcej gonitw i większe zainteresowanie. Szkoda, że ten okres się zakończył. Teraz żyjemy w innych realiach, ale sądzę, że Polska jest na bardzo dobrej drodze.

Jakie są Pani najbliższe cele sportowe i marzenia na kolejne sezony?

Wolę stąpać twardo po ziemi, niż marzyć. Obserwuję krok po kroku, jak rozwijają się moje konie. Miałam problemy z jeźdźcami, co kosztowało mnie prawie cały sezon. Teraz mam w stajni bardzo dobrego jeźdźca, uczę młode dziewczyny i mam świetną grupę. Cieszę się treningami z trzylatkami na plaży i jestem zdumiona, jak dobrze sobie radzą. Jestem też szczęśliwa, że wciąż mogę korzystać z pomocy 20-letniego Alibaba del Sol, którego nazywamy Babą. Jest niezastąpiony, gdy potrzebujemy doświadczonego konia do szybszej pracy.

Co sprawia Pani największą radość w pracy: moment zwycięstwa, codzienny trening, czy może kontakt z końmi?

Uwielbiam kontakt z końmi, dlatego wybrałam araby. Oczywiście moment zwycięstwa jest niezwykły, a drugie miejsca moich koni w Polsce również napawały mnie dumą. Ogromną radość daje mi także codzienny trening na plaży – wschody i zachody słońca, jelenie przechadzające się po wydmach, cisza i zdrowe powietrze. To wszystko dodaje skrzydeł, szczególnie po dobrze wykonanej pracy.

Jaką jedną, najważniejszą radę dałaby Pani młodym trenerom?

W przypadku młodych koni najważniejsze jest, aby przed rozpoczęciem galopów najpierw wzmocnić im nogi. Warto dużo spacerować i kłusować po twardej nawierzchni. Dzięki temu można uniknąć kontuzji i bólu, który mógłby stać się dla konia traumą na całe życie.

Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

Michał Kurach

Na zdjęciu tytułowym Karin van den Bos odbiera puchar za wygraną ogiera Akoya w Prix Manganate G1.

Udostępnij

Powiązane artykuły

Zbliżające się wydarzenia

Najnowsze artykuły