Krzysztof Celmer: Kazik nie doczekał pozagrupowej wygranej Vivienne. To jego pamięci dedykujemy zwycięstwo „Wiewióry”

W niedzielę Vivienne wygrała pozagrupowy wyścig o Nagrodę Intensa dla koni polskiej hodowli. To drugie zwycięstwo w jej drugim starcie. Klacz ma wielu właścicieli, między nimi Krzysztofa Celmera: Ale na tym polega siła syndykatów, że za małe udziały można mieć wielkie emocje i wiele radości. Dlatego zachęcam do tworzenia syndykatów, by przeżywać emocje związane ze startami swojego konia – zachęca Pan Krzysztof.

Czy Vivienne może zrobić taką karierę jak Formuła?

Bardzo byśmy chcieli, żeby tak to było, aczkolwiek mamy świadomość, że nie będzie o to łatwo. Oczywiście sercem wierzymy w to, że tak się stanie. Jej dziadkiem jest znakomity Sea The Stars. Na dziś wyniki jej są zachęcające i czekamy na to, co wydarzy się w przyszłym sezonie. 

Klacz biegała tylko z krajowymi rywalami. To jednak inna półka niż czołowe zagraniczne dwulatki.

Mamy tego świadomość. I ona była od momentu, w którym trener Alex Kabardov przedstawił nam jej plany startowe. Zapowiedział, że „Wiewióra” wystartuje maksymalnie trzy razy i to w krajowym towarzystwie. Na dodatek nie spieszył się z jej pierwszym wyścigiem. Choć klacz skostniała w czerwcu, pierwszy raz pobiegła w sierpniu.

„Wiewióra”?

Tak ją wszyscy nazywają w stajni dlatego, że gdy trafiła do treningu, była malutka. I choć od tego czasu podrosła, pozostała „Wiewiórą”.

Skoro miała biegać w sezonie trzy razy, to w jakiej gonitwie ją jeszcze zobaczymy?

Takie były plany. Ale teraz, po zwycięstwie w nagrodzie kategorii B, okazało się, że musiałaby wystartować za trzy tygodnie z końmi zagranicznymi. Dlatego trener podjął decyzję, że klacz już zakończyła sezon i spokojnie będzie przygotowywana do startów w przyszłym roku.

Jak to się stało, że Pan został współwłaścicielem Vivienne?

To był ogromny przypadek, zwłaszcza że wszystko rozgrywało się na kilka tygodni przed rozpoczęciem sezonu. Jeszcze na początku tego roku spodziewaliśmy się, z moim chrześniakiem Michałem, który prowadzi studio w Equi TV, jego dziadkiem Kazikiem i moim kolegą Michałem Wykrętowiczem, dziennikarzem, że będziemy nadal współwłaścicielami konia Sindicato, który biegał w treningu Adama Wyrzyka i nasze myśli krążyły wokół tego ogiera. Niestety, okazało się, że trener go sprzedał, a my dowiedzieliśmy się o tym po fakcie. Chcieliśmy nadal być współwłaścicielami jakiegoś konia i z tym zwróciłem się do mojego chrześniaka. Myślałem o doświadczonych trenerach: Małgorzacie Łojek, Macieju Janikowskim, ale tam trudno było wejść w jakiegoś konia. Michał dowiedział się, że jest możliwość wejścia w udziały Vivienne. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na to, że zaufamy trenerowi Alexowi Kabardovowi i teraz jestem z tego bardzo dumny i zadowolony. Wizyty w stajni u tego trenera uświadczają mnie w przekonaniu, że był to jak najbardziej prawidłowy wybór. Alex Kabardov wkłada w trening całe swoje serce, a w związku z tym, że jest wspomagany przez żonę i teściową, panuje tam  rodzinna atmosfera.

Tak samo można powiedzieć o Vivienne. To też taka rodzinna klacz.

Rzeczywiście. Klacz wyhodowali bracia Zielińscy, dziękuję zarówno Andrzejowi, jak i Ryszardowi za możliwość dzierżawy klaczy, natomiast współwłaścicielami jestem ja, dziewczyna mojego chrześniaka Michała – Wiktoria, dla której jest to debiut w roli właścicielki konia, jego dziadek Kazik, oraz mój dobry kolega , Michał. Niestety, w piątek, dwa dni przed biegiem o Nagrodę Intensa, odszedł Kazik. To jego pamięci dedykujemy zwycięstwo Vivienne. Kazik to nie tylko teść mojego brata Tomasza, ale także mój wieloletni partner brydżowy i stały bywalec służewieckiego toru. Mieszkał przy ulicy Bokserskiej i nie odpuszczał żadnego dnia wyścigowego.

Jak się dogadaliście co do wysokości udziałów?

Przyznam, że udziały nie są najważniejsze, są symboliczne, bo w sumie nasza czwórka ma 20 procent. Reszta należy do trenera i spółki AMP Invest. Ale na tym polega siła syndykatów, że za małe udziały można mieć wielkie emocje i wiele radości. Dlatego zachęcam do tworzenia syndykatów, by przeżywać emocje związane ze startami swojego konia.

Vivienne frunie po zwycięstwo w biegu o Nagrodę Intensa

Jak często odwiedza Pan w stajni Vivienne?

Niezbyt często, bo mam pełne zaufanie do Alexa Kabardova, który okazał się znakomitym trenerem. Gdy jestem w stajni ograniczam się do głaskania „Wiewióry” i jej karmienia.

To nie jest Pana pierwszy koń na wyścigach. O ile pamiętam, Pana przygoda zaczęła się jakieś 30 lat temu…

To prawda. Moja przygoda z dzierżawą koni zaczęła się dzięki przyjacielowi Robertowi Szczęsnemu, z którym poznaliśmy się przy stoliku brydżowym. Popularny „Inżynier” zdał egzamin trenerski i założył stajnię Allez. W spadku po znakomitym trenerze Stanisławie Sałagaju dostał do treningu kilka koni arabskich. Wybrałem Edukta. Aczkolwiek nie był najważniejszym koniem w mojej karierze właścicielskiej. Tym najważniejszym był arab Eridion, którego sam wybrałem w Kurozwękach, spośród kilku koni zaproponowanych nam przez ówczesnego dyrektora Władysława Guziuka. Urzekła mnie sylwetka Eridiona, jego spokój i… długość. Jego kariera była niezwykła. Do tego stopnia, że została opisana na portalu finisz.pl. Trener Szczęsny w samych superlatywach wypowiadał się o tym arabskim ogierze od samego przyjścia na służewiecki tor, mówił, że to jego najlepszy młody arab, czego nie potwierdzały jego pierwsze straty. W trzech wyścigach był zawsze ostatni.  Było to niezrozumiałe, zwłaszcza, że dżokeje: Wojciech Ryniak, Tomasz Kluczyński i Mirosław Pilich sygnalizowali, że koń ma możliwości. W tamtych czasach sytuacja przedstawiała się tak, że zazwyczaj po czterech nieudanych startach, trenerzy decydowali się na odesłanie konia do stadniny, jako nierokującego. Więc ten czwarty start był bardzo istotny. Na szczęście podczas jednego z treningów przygotowawczych do czwartego startu, Inżynier z załogą dostrzegli pewną zależność, a mianowicie taką, że Eridion musi biegać w taki sposób, żeby po prawej stronie nie było innego konia. Albo się bał, albo miał coś w psychice, że nie chciał walczyć. W czwartym starcie „Inżynier” przekazał „Kluczykowi”, który dosiadał konia, żeby pojechał w środku stawki, ale żeby wyszedł na prostą szerokim łukiem tak, by nie miał po prawej tronie żadnego rywala. I udało się. Eridion był drugi. Najbardziej zdziwiony był Mirek Pilich, który powiedział: „Panie, mogłem zabić tego konia, a on i tak by nie przyspieszył”. Późniejsza analiza trzeciego startu, gdzie jechał ówczesny champion jeźdźców, wykazała, że po prawej stronie biegły inne konie. W sumie Eridion wygrał w karierze pięć gonitw. Mógł także sięgnąć po zwycięstwo w pozagrupowym wyścigu o Nagrodę Piechura, ale koń przed nim wyłamał, znalazł się po jego prawej stronie i Eridion znów nie chciał finiszować. Skończyło się na trzecim miejscu. Na Eridionie w stajni Roberta Szczęsnego jeździła amazonka, na którą wszyscy mówili Dorota, a miała na imię Lilianna. Obecnie jest żoną mojego brata Tomka, a owocem ich miłości  jest mój chrześniak Michał. Poźniej miałem jeszcze dwa, czy trzy konie, które nie spełniły pokładanych w nich nadziei.

I odpuścił Pan sobie dzierżawę?

Tak. Powróciłem do grona współwłaścicieli koni tylko i wyłącznie dlatego, by spełnić młodzieńcze marzenie mojego chrześniaka. Chciał zawiązać syndykat i dlatego trener Adam Wyrzyk nazwał konia Sindicato. Koń w każdym roku swoich startów wygrywał raz. Aczkolwiek nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Pewnie dlatego, że dwa razy doznawał kontuzji, które miały zakończyć jego karierę. Trener Wyrzyk jednak potrafił przywrócić konia do biegania.   W międzyczasie był koń o filmowej nazwie Kwinto. Też miał być nadzieją, ale na czterolatka. W wieku dwóch lat wystartował raz i to późną jesienią, zaś w wieku trzech lat wygrał dwa wyścigi.  Niestety, w ostatnim starcie, tuż przed zakończeniem sezonu, przytrafiła mu się kontuzja, która zniweczyła wszelkie plany i dziś Kwinto biega na padokach koło Rudy Śląskiej dla innych właścicieli, którzy przysposabiają go do rekreacji. Sindicato też jest wykorzystywany rekreacyjnie, ale w okolicach Białegostoku. Ja i męska część naszej rodziny mamy konie w genach. Mój dziadek, o tym samym nazwisku, był koniuszym w warszawskim browarze Haberbusch i Schiele, gdzie było mnóstwo koni. Tata, najmniej był związany z końmi, bo jedynie chadzał na wyścigi i odwiedzał stajnię „Inżyniera”. Ja, poprzez dzierżawę koni związany jestem ze Służewcem. Jeden z moich przyjaciół, Kola Kovcin, swego czasu nadał mi ksywę Columbo. Było kilka przypadków, gdy po wielu latach znajomości z niektórymi osobami, otrzymywałem od nich zaskakujące pytanie: Columbo, a jak Ty właściwie masz na imię? Mój brat Tomek najpierw robił zdjęcia na torze, a teraz pracuje tu jako operator filmowy, zaś chrześniak Michał prowadzi studio Equi TV i realizuje program Służewieści. Tak więc tradycja końska w rodzinie Celmerów nie zanika.

Rozmawiał Maciej Rowiński

Na zdjęciu tytułowym: Michał Rządca-Wykrętowicz, Krzysztof Celmer, dżokej Stefano Mura, trener Alexander Kabardov z córką, hodowcy bracia Andrzej i Ryszard Zielińscy podczas dekoracji Vivienne

Ceremonia Pogrzebowa Kazimierza Wądołowskiego odbędzie się we wtorek 14.10.2025r. o godz. 11.30 w Sali „C” w Domu Przedpogrzebowym na terenie Cmentarza Komunalnego Północnego (Wólka Węglowa) w Warszawie, ul. Kazimierza Wóycickiego 14, po czym nastąpi uroczyste odprowadzenie i złożenie Urny z Prochami Zmarłego do grobu rodzinnego na miejscowym cmentarzu. Rodzina zaprasza wszystkich, którzy znali Pana Kazika i chcą go powspominać oraz coś zjeść, wypić, zaśmiać się i zapłakać. Konsolacja odbędzie się za Górą Kalwarią w ośrodku Nad Drzewami (Coniew 35) w dniu pogrzebu, około godziny 15.30.

Udostępnij

Powiązane artykuły

Zbliżające się wydarzenia

Najnowsze artykuły