Najwyżej oceniany w międzynarodowym handikapie, wybrany Koniem Roku w Europie, Calandagan w niedzielę samotnie stawił czoła czołówce japońskich koni w kultowej gonitwie Japan Cup G1 (2400 m, ponad 3 mln euro dla zwycięzcy). I wyszedł z walki z szesnastoma samurajami zwycięsko, w dodatku pokonując 2400 m w niesamowitym czasie 2’20,3”, tym samym bijąc wynik znakomitej Almond Eye sprzed 7 lat. Wygrana w najważniejszej gonitwie w Tokio to nie spacerek, o czym świadczą statystyki z XXI wieku – ostatnim zwycięzcą spoza Japonii był Alkaased… 20 lat temu.
Mam małą osobistą satysfakcję, ponieważ po przegranym, zresztą z japońskim Danon Decile, Dubai Sheema Classic, uznałem Calandagana za najlepszego stayera na świecie. Wymsknęło mi się nawet, że dla mnie to będzie zwycięzca tegorocznego Łuku… co oczywiście nie mogło się sprawdzić, gdyż wałachy nie mają prawa startu w tym najsłynniejszym francuskim wyścigu.
Wyhodowany przez Aga Khan Stud i biegający w barwach tej stadniny Calandagan (Gleneagles – Calayana / Sinndar) już poprzedni sezon miał bardzo udany, ale nie zdołał wygrać na poziomie G1. Nieznacznie przegrał jesienią Champions Stakes w Ascot (sensacyjnie z Anmaatem), więc marzenia o triumfach na najwyższym poziomie zostały odłożone o kilka miesięcy.
Za pierwszy tegoroczny cel obrano Dubai Sheema Classic, najważniejszy wyścig po trawie wchodzący w skład Dubai World Cup Night, rozgrywanego tym razem nie pod koniec marca, a na początku kwietnia. Calandagan galopował bardzo dobrze na prostej, ale tego dnia zbyt mocny dla niego był Danon Decile. Na takie rozstrzygnięcie złożyło się kilka elementów – po pierwsze wyścig ułożył się wyjątkowo korzystnie dla ekipy z Japonii, a po drugie – konie z Europy rzadko kiedy są w szczytowej formie o tej porze roku, a do tego jazda Barzalony też nie była optymalna. Jednocześnie widać było, że Francuz nie starał się „wydusić” za wszelką cenę wszystkiego z czterolatka, mając świadomość iluzorycznych szans na zwycięstwo tego dnia i długiego sezonu, jaki czeka gniadosza.
Chyba bardziej bolesna (i trochę niespodziewana) była porażka podopiecznego Francisa-Henriego Graffarda w Coronation Cup podczas derbowego mityngu w Epsom. Tam trudno było doszukać się błędu Barzalony. W pewnym momencie Calandagan miał Jana Brueghela na widelcu, ale jak to często bywa z końmi dosiadanymi przez Ryana Moora, rywal znalazł w sobie jakieś głęboko schowane rezerwy energii na ostatnich metrach i zdołał skontrować gościa z Francji. Ach te wyścigi, to lekko zachwiało moją wiarą w wybitność wałacha… Tymczasem, niemal dwa miesiące później, Calandagan pewnie wygrał Króla i Królowej, a Jan Brueghel nie miał do niego podejścia, finiszując jako czwarty (jeszcze za Kalpaną i Rebel’s Romancem).
Przełamanie serii drugich miejsc syna Gleneaglesa nastąpiło już miesiąc wcześniej. Na francuskiej ziemi Calandagan dowolnie ograł mocnych konkurentów (Aventure, Junko, Iresine, Goliath) w Grand Prix de Saint-Cloud i rozpoczął serię wielkich zwycięstw. Graffard zarządzał jego karierą oszczędnie i precyzyjnie. Do końca lipca Calandagan zaliczył cztery występy (dwukrotnie drugi i dwukrotnie pierwszy) w ciągu niespełna pięciu miesięcy, ale potem był szykowany bezpośrednio do październikowego Champions Stakes. Francuski szkoleniowiec nie ukrywał, że wolałby powalczyć o zwycięstwo w Łuku, ale takiej możliwości nie dawały mu przepisy. Cóż, jak się później okazało, nie miał powodów do rozpaczy, bo przecież na Lonchamp triumfował dla niego (i Aga Khan Stud) trzyletni Daryz…
Wybór Champion Stakes dla Calandagana nie był oczywisty, ze względu na krótszy dystans (2000 m). Jednak i Graffard i Barzalona podkreślali, że wałach dysponuje imponującym przyspieszeniem, więc wcale nie musi mu to przeszkodzić. Nie pomylili się. Czterolatek pobiegł najlepszy wyścig w karierze, nie dając szans kontrkandydatowi do tytułu Konia Roku Ombudsmanowi (Godolphin), specjaliście od rywalizacji na 2 km. Jeszcze bardziej z tyłu (łącznie o 4 długości) z tyłu został uznany najlepszym trzyletnim ogierem w Europie Delacroix z Coolmore. To był naprawdę imponujący performance Calandagana, a tuż po nim ogłoszono, że kolejnym wyzwaniem dla wspaniałego wałacha będzie właśnie Japan Cup. Być może po starcie w Ascot wielu ekspertów miało opinię, iż już lepiej pobiec się nie da. Owszem da się, ale o tym za moment.
Co wręcz niesamowite i symboliczne – Calandagan w Tokio w momencie startu miał dopiero czwarte (!) notowania. Jak uzasadnić to, że najwyżej wyceniony specjalista od biegania po trawie, właśnie na takich dystansach, nie był faworytem? Otóż japońskie wyścigi od kilku lat przeżywają prawdziwie złote lata. Prestiżowych triumfów na cały świecie w ich wykonaniu było wiele (m.in. Dubai World Cup, Saudi Cup, Dubai Sheema Classic, Dubai Turf), chociaż jeszcze nie wszystko udało się im wygrać – Łuk Triumfalny czy Kentucky Derby ciągle pozostają z sferze marzeń, choć to raczej kwestia czasu, bo z roku na rok tych jeszcze niezdobytych laurów jest coraz mniej. Niespełna miesiąc temu z tej listy wykreślony za sprawą Forever Younga został Breeders’ Cup Classic. Jeśli do tego dodamy fakt, że japońskie konie na własnym terenie wypadają jeszcze lepiej, a ostatnich 19 edycji Japan Cup (zaczynając od legendarnego Deep Impacta w 2006 roku) wygrywali gospodarze, to nie do końca taki stan rzeczy może dziwić. Publiczność także zwykle chętniej liczy „swoich” (podobnie jest we Francji, Niemczech, czy Wielkiej Brytanii).
Zresztą na starcie znalazł się nie jeden, czy dwa znakomite konie z Kraju Kwitnącej Wiśni, tylko cała ich gromada. Od sześcioletniego Justin Palace’a (syna Deep Impacta od Palace Rumor / Royal Anthem), poprzez czteroletniego pogromcę Calandagana z Dubaju Danona Decile (Epiphaneia – Top Decile / Congrats), aż do derbisty Croix du Norda (Kitasan Black – Rising Cross / Cape Cross), który w październiku poległ w Łuku (dopiero 14. miejsce), chociaż pokonał Daryza w trialu. Te dwa ostatnie były mocniej liczone przez publiczność od gościa z Francji, ale Japończycy mieli innego faworyta. Stał się nim, po triumfie sprzed czterech tygodni w prestiżowym Tenno Sho G1, wicederbista Masquerade Ball (Duramente – Mask Off / Deep Impact), wiosną także trzeci w 2000 Gwinei na torze Nakayama.
Ostatecznie notowania kształtowały się następująco:
Masquerade Ball (6/4) – tr. Takahisa Tezuka, dż. Christophe-Patrice Lemaire
Croix Du Nord (18/5) – tr. Takashi Saito, dż. Yuichi Kitamura
Danon Decile (4/1) – tr. Shogo Yasuda, dż. Keita Tasaki
Calandagan (26/5 – ponad 6x!) – tr. Francis-Henri Graffard (Francja), dż. Mickael Barzalona
Podczas startu potknął się Admire Terra, z którego niegroźnie spadł Yuga Kawada. Tymczasem niesamowicie ostro do przodu pognał Seiun Hades. Kilka długości za nim biegli inni outsiderzy: Sunrise Earth oraz Ho O Biscuits, za którymi dogodną pozycje zajął Croix du Nord. On był najbliżej z grupy koni mocno liczonych – kilka długości i pozycji dalej prowadzony był Masquerade Ball. Za nim podążał jak cień Danon Decile, a następnie Calandagan. Biorąc pod uwagę naprawdę mocne tempo, spokojna taktyka ich jeźdźców była trafiona. Teraz najważniejsze było nie zaspać z finiszem.

Kiedy lider minął słupek wskazujący 1000 m do celownika, miał około 10 długości przewagi nad prowadzącym grupę Ho O Biscuitsem, ale też wyraźnie zaczął skracać akcję. Było to wyraźną oznaką utraty sił, chociaż dociągnął pierwszy do prostej finiszowej (a nawet jeszcze kawałek dalej).
Moment wyjścia z zakrętu był kluczowy dla losów rywalizacji. Szerzej poprowadzony Croix du Nord utrzymał się w czołówce, trochę zamknięty między końmi był Danon Decile. Tymczasem Barzalona na Calandaganie dołączył do faworyta Masquerade Ball, na którym Lemaire o ułamek sekundy przespał dogodny moment, by ruszyć polem. Miało to spore znaczenie, bo lekko galopujący Calandagan ograniczył mu pole manewru, a bezpośrednio przed japońskim wicederbistą znalazł się lekko słabnący Shin Emperor. Barzalona dopiero 400 metrów przed celownikiem rozpoczął intensywny posył. Wałach galopował coraz bardziej dynamicznie. Masquerade Ball zabrał się z nim, o szyję z tyłu. Po kolejnych 150 metrach finiszująca w podobnym tempie dwójka łatwo doścignęła prowadzącego przez chwilę derbistę Croix du Norda i przemknęła obok niczym pociąg ekspresowy. Triumfator japońskiego klasyku był kompletnie bezradny wobec ich szarży. Z nimi zdołał zabrać się jedynie… biegnący bez jeźdźca Admire Terra.
Masquerade Ball wysunął łeb przed Calandagana, ale ostatnie 100 metrów w wykonaniu walczącej dwójki było niesamowicie wyrównane. Minimalnie prowadził reprezentant gospodarzy, jednak w końcówce to gość z Francji wypracował sobie kilkadziesiąt centymetrów przewagi (chociaż pierwszy celownik minął Admire Terra, który ambitnie walczył do końca, ale bez wagi i jeźdźca na grzbiecie). To była znakomita jazda Barzalony, mającego zresztą sezon życia, m.in. dzięki współpracy z Graffardem i Aga Khan Studs. Jakby tego było mało – czas gonitwy okazał się rekordowy – niesamowite 2’20,3” na 2400 m. Tym samym pobity został i tak bardzo wyśrubowany wynik genialnej Almond Eye (2’20,6”) z 2018 roku.
Teraz można już z czystym sumieniem nazywać Calandagana numerem jeden na świecie. Nawiasem mówiąc wałach jest także zgłoszony do Hong Kong Cup, w którym miałby zmierzyć się z trzykrotnym jego zwycięzcą, wyśmienitym Romantic Warriorem. To byłby kolejny wielki pojedynek, do którego raczej nie dojdzie, bo zapis do wyścigu na Sha Tin był dla ekipy Graffarda planem alternatywnym, a start po dwóch tygodniach od Japan Cup nie wchodzi w grę. Kibice Romantic Warriora (a ma ich zasłużenie na całym świecie) marzący o czwartym z rzędu triumfie w tej gonitwie raczej się tym nie zmartwią.
Dla Francisa-Henriego Graffarda obecny rok jest wprost fenomenalny. Cztery zwycięstwa na najwyższym poziomie Calandagana, w tym arcyprestiżowe Króla i Królowej, Champion Stakes i Japan Cup, do tego wygrana Daryza w Łuku Triumfalnym mówią same za sobie, ale to nie wszystko. Trzeba do tego dopisać jeszcze sukcesy Gezory we francuskim Oaks oraz Breeders’ Cup Filly&Mare Turf, inne pięć „G-jedynek” we Francji (w tym 1000 Gwinei – Zarigana) i dwie w Niemczech.
Zupełnie na marginesie jestem ciekawy, czy Calandagan przypadkiem pośrednio nie wpłynął kwestię wyboru Konia Roku w Japonii. Bardzo często zostawał nim triumfator Japan Cup i gdyby Masquerade Ball minął celownik jako pierwszy, prawdopodobnie przypieczętowałby sobie tytuł, w połączeniu z wygraną w Tenno Sho i drugim miejscem w Derby. Co do zasady, tytuł przyznawany jest koniom ściągającym się po trawie, nad czym mocno ubolewał niedawno Yoshito Yahagi, trener Forever Younga. Czy sukcesy w Breeders’ Cup i Saudi Cup wystarczą, by ten stan zmienić wobec braku zdecydowanego dominatora wśród specjalistów od bieżni trawiastych…? Jest to możliwe.
Krzysztof Romaniuk
Na zdjęciu tytułowym Calandagan (fot. Equidia.fr)
